Zilal :: 14.06.2008 :: 16:57 ::
Komentuj (6)
Drzwi skrzypnęły. „Czy te cholerne drzwi zawsze muszą skrzypieć?” – Antari miała już dość wszystkiego. Od jakiegoś czasu, do pomieszczenia w którym się znajdowała przychodzili różni ludzie. Głównie mężczyźni. Wnosili i wynosili drewniane skrzynie, albo ich zawartość. Niestety nikt nawet nie zwrócił na nią uwagi. Nie ważne jak głośno krzyczała, czy wierzgała nogami. Nikt jej nie widział. Ale jakim cudem? Tym razem do magazynu wszedł ktoś inny – opalony młodzik i wysoki, blady gość o czarnych włosach. Antari nie miała zamiaru jeszcze się poddać i wrzasnęła najgłośniej jak mogła. A właściwie na tyle głośno, na ile było stać jej zmęczone gardło. Jeszcze kilka takich akcji i zupełnie przestanie mówić. Nic. Tamci dwaj nie zareagowali. Zaklęła podle po nieudanej próbie. Ale natychmiast coś przykuło jej uwagę. Ta czarnowłosa persona posłała w jej kierunku ukradkowe spojrzenie. A do tego zupełnie otwarcie uśmiechnął się! Więc jednak miała szansę żeby się stąd wyrwać. Młodzian z największą ostrożnością pakował świecące naczynia do jednej ze skrzyń. Antari mogłaby dać sobie palec obciąć za to, że już gdzieś widziała przedmioty wykonane z tego samego surowca. Kiedy chłopak skończył pakowanie, zabezpieczył wieko skrzyni. Na polecenie drugiego, otworzył inną i wyciągnął jej zawartość na drewniany wózek.
- Zabierz to do mojej kajuty, Resh. Zajmij się potem swoimi obowiązkami.
Brązowowłosy młodzieniec ukłonił się i wyszedł ciągnąc za sobą wózek. Zostawił uchylone drzwi, ale te i tak skrzypnęły.
- Hej ty! Nie wychodź! Nie mam ochoty dłużej tu wisieć. Wiem, że mnie widzisz i słyszysz. Natychmiast mnie uwolnij! Wiesz, kim ja jestem? Jestem Aes Sedai!
- Taa... – nieznajomy mruknął jakby w odpowiedzi.
Krążył przez dłuższą chwilę między skrzyniami. Przez szpary między deskami przyglądał się ich zawartości. Antari parsknęła ze złości. Niewiele obchodziło ją kontrolowanie swojego zachowania. I tak nikt jej nie widział. No, może poza tym ignorantem na dole. Przez chwilę po jej głowie szalały czarne myśli i skrzywiła się, jakby jedna z nich dobitnie powiedziała jej, że tamten jednak wcale jej nie widzi. Zaczęła się szamotać. Może to zwróci jakoś jego uwagę.
- To na nic. – usłyszała rozbawiony głos nieznajomego.
Nawet na nią nie spojrzał! Ale ona nadal nie przestawała próbować się oswobodzić. Będzie musiała zrobić to ręcznie, skoro nie może korzystać z Mocy... Jej ciało przeszył zimny dreszcz.
- To nic nie pomoże, Aes Sedai. – dwa ostatnie słowa wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie ważne jak długo będziesz się tak męczyła. To nic nie da. Tylko opadniesz z sił. Choć to akurat powinno być mi na rękę.
Zaśmiał się wrednie pod nosem.
- Czego ode mnie chcesz?
- Czegoś na pewno będę chciał... Na początek powiedz mi, co cię łączy z Vede din Cue.
Antari przestała się szamotać. Nie odpowiedziała. Bo niby co miała mu powiedzieć? Że przez chwilę miała ją pod swoją opieką? Że miała jej pokazać kilka sztuczek z użyciem Mocy? Na co taka wiedza temu człowiekowi?
- Nie powiesz? – zapytał.
Aes Sedai przybrała charakterystyczny kamienny wyraz twarzy.
- Chyba powinienem był cię uprzedzić, że nie jestem... zbyt cierpliwy. A ty znajdujesz się w niewesołej sytuacji. Jesteś intruzem na obcym terenie. A poza tym, jak się czujesz odcięta od Źródła?
Cholerny zarozumialec! Musiał jej o tym przypominać?! Na samą myśl o odcięciu od Źródła chciało jej się płakać. A teraz, gdy faktycznie była odcięta, boleśnie odczuwała jego brak. Wszystko stało się marnością. Nawet ona sama. Mimo tylu emocji, wyuczona kamienna twarz pozostała teraz taka sama.
- Pewnie zastanawiasz się, co też trzyma cię tam na górze, prawda? – stanął prawie pod nią. – Otóż jest to ta sama siła, za którą tak bardzo tęsknisz.
-
Saidar? – zapytała z niedowierzaniem.
-
Saidin…
Nagle wszystko stało się dla niej jasne! Światłości,
Saidin! Zakręciło jej się w głowie i zrobiło mdło. Jakim cudem, ktoś mógł potraktować ją
Saidinem?! Przecież od tego się umiera! Skaza Czarnego na męskiej połówce mocy doprowadza do śmierci! Do szaleństwa w najlepszym wypadku! Antari omal nie przegapiła dźwięku pstryknięcia palcami. Nie zdążyłą się jednak zorientować w sytuacji, póki nie walnęła z impetem w podłogę. Ledwo co pomyślała o wstaniu na nogi, otoczył ją strumień Powietrza, który doprowadził ją do pionu. Oczywiście nie dotykała stopami podłogi. Gdyby tylko mogła się poruszyć strzepnęłaby z siebie
Saidina jak kurz z ubrania! Gdyby tylko mogła... ale nie mogła. Dziękowała Światłości za to, że ten szaleniec nie postanowił jej znów umieścić pod sufitem! Nieznajomy przez chwilę wpatrywał się w nią zimnym wzrokiem.
- Wiem, że użyłaś Bramy. Zastanawia mnie jednak fakt, skąd wiedziałaś jak tu trafić?
Nie wiedziała. Nikt nie wiedział gdzie wyrzuci go nieutrzymana Brama. Takich rzeczy nie dało się przewidzieć. Równie dobrze obie mogły po prostu zginąć. Właśnie! Skąd on zna Vede din Cue? Może już ją złamał? I w tym momencie nieznajomy jakby usłyszał jej myśli. Otoczyła go świecąca poświata
Saidina. Ręce Antari wykrzywiły się nienaturalnie. Tylko jęknęła z bólu. Strumień Powietrza zablokował jej usta. Przez jej głowę przemknęła tylko jedna myśl – Nie będzie łatwo.