Księga gości

Kategorie:

Full Moon Madness(76)
Zilal(13)


Info:

  1. data założenia "FMM": wrzesień 2004
  2. data założenia "Z": marzec 2007
  3. layout by: Rain
  4. obrazek: "D.N. Angel"
  5. nasz button:


Linki:

  1. Eternal
  2. Gazal
  3. Madzik
  4. Vedzia

  5. Silent Hope

  6. Ownlog

lyoko
Pharazon Alph



~ FULL MOON MADNESS ~

Rekrutacja:

  1. Prosimy o zostawienie informacji w naszej księdze gości

Skład:

    Abbys
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: mars
  3. płeć: M
  4. rasa: człowiek
  5. ranga: najemnik
  6. uzbrojenie:
    sztylet; krótki miecz z lekko zaokrąglonym ostrzem; claymore; mała tarcza; dmuchawka na zatrute strzałki
  7. umiejętności / zdolności magiczne: nie zweryfikowano
  8. opis:
    Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że to najzwyklejszy człowiek. Krótkie mahoniowe włosy nie sięgają ramion, a długa grzywka swobodnie opada na czoło. Nic nie umknie bystremu spojrzeniu głębokich, ciemno-niebieskich oczu. Z pozoru bardzo spokojny i opanowany, ale łatwo wpada w gniew. Przeważnie szybko potrafi nad nim zapanować. Doskonale wyszkolony we wszelakich technikach walki bronią białą. Osoby poszukujące u niego zdolności magicznych nie potrafiły przypisać ich do żadnej ze znanych dziedzin, Stwierdziły natomiast, iż posiada ogromny potencjał. Posiada ter'angreal w formie amuletu w kształcie kwiatu róży wykuty ze srebra. Ubrany raczej w szaty wierzchnie ciemnego koloru - długi płaszcz z kapturem i wysokie buty; pod nimi lekka skórzana zbroja.

    Artemis
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: wenus
  3. płeć: K
  4. rasa: pół-demon, pół-smok
  5. ranga: zaklinacz
  6. uzbrojenie: krótki łuk, mała tarcza
  7. umiejętności / zdolnośi magiczne: przywoływanie żywiołów
  8. opis:
    Jak większość zaklinaczy postać dość nietypowa. Ciemnie włosy opadą ciężko na czarną, lnianą suknię sęgającą do kolan. Postrzępiona, lekka grzywka opada na dwukolorowe oczy. Jedno intensywnie niebieskie - obserwujące bacznie każdy ruch otaczających wokół istot, drugie czarne, matowe, przypominające oko osoby o zaawansowanej depresji. W zależności od sytuacji rozsądna i skoncentrowana lub pogodna i roztrzepana i zdecydownaie lepiej mieć ją za przyjaciela, niż wroga...

    Clover
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: ziemia
  3. płeć: K
  4. rasa: człowiek
  5. ranga: wojownik
  6. uzbrojenie: miecz obosieczny; sztylet
  7. umiejętności / zdolności magiczne: uzdrawianie
  8. opis:
    Niezbyt wysoka, szczupłaa, wiecznie roześmiana dziewczyna o długich włosach ciemny blond i oczach nieokreślonego bliżej koloru. Nie lubi zajmowac się przeszłością, stąd też niewiele o niej wiadomo. W walce posługuje się długim mieczem z grawerowaną tajemniczymi runami klingą. Opanowała umiejętność ataku prawie do perfekcji, czego niestety nie można powiedzieć o obronie. Ze względu na tę słabość oraz dość wysoko rozwiniętą zdolność uzdrawiania jest niejako "oszczędzana" podczas walk, co jednak bardzo ją złości. Wieczna optymistka, jednocześnie bardzo wrażliwa.

    Zephira
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: merkury
  3. płeć: K
  4. rasa: półelf
  5. ranga: pogromczyni / łowca smoków
  6. uzbrojenie: sztylet; włócznia naquada
  7. umiejętności / zdolności magiczne:
    czytanie i posługiwanie się runami starożytnymi, magią ognia, posługiwanie się amuletami, obrona przed czarną magią, kamuflarz
  8. opis:
    Drobna, piwnooka elfka nie wyglądajaca na swój wiek (200 lat). Córka kobiety i elfa. Była oczerniana i wyszydzana przez całe swe dzieciństwo dopóki nie ruszyła w świat. Przez swoją kruchą budowę ciła musiała się nauczyć posługiwać jedynie niewielką iloscią broni białej udoskonaliła za to swoje zdolności magiczne. Ubranie ze skóry jasnego koloru ukryte jest pod czarnym, jedwabnym płaszczem. Na zgrabnych i długich nogach nosi wysokie skórzane buty do kolan. Poobwieszana jest różnego rodzaju magicznymi amuletami i branzoletami. Najważniejsze z nich było Oko Smoka, które nosiła na prawej ręce. Uroda i usposobienie stwarzają wrażenie bezbronnej kobiety, lecz gdy tylko jest potrzeba, Zephira przeobraża się w dzielną wojowniczkę, która dąży do celu po trupach.

Archiwum

2008
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty


Zilal :: 14.06.2008 :: 16:57 :: Komentuj (6)

Drzwi skrzypnęły. „Czy te cholerne drzwi zawsze muszą skrzypieć?” – Antari miała już dość wszystkiego. Od jakiegoś czasu, do pomieszczenia w którym się znajdowała przychodzili różni ludzie. Głównie mężczyźni. Wnosili i wynosili drewniane skrzynie, albo ich zawartość. Niestety nikt nawet nie zwrócił na nią uwagi. Nie ważne jak głośno krzyczała, czy wierzgała nogami. Nikt jej nie widział. Ale jakim cudem? Tym razem do magazynu wszedł ktoś inny – opalony młodzik i wysoki, blady gość o czarnych włosach. Antari nie miała zamiaru jeszcze się poddać i wrzasnęła najgłośniej jak mogła. A właściwie na tyle głośno, na ile było stać jej zmęczone gardło. Jeszcze kilka takich akcji i zupełnie przestanie mówić. Nic. Tamci dwaj nie zareagowali. Zaklęła podle po nieudanej próbie. Ale natychmiast coś przykuło jej uwagę. Ta czarnowłosa persona posłała w jej kierunku ukradkowe spojrzenie. A do tego zupełnie otwarcie uśmiechnął się! Więc jednak miała szansę żeby się stąd wyrwać. Młodzian z największą ostrożnością pakował świecące naczynia do jednej ze skrzyń. Antari mogłaby dać sobie palec obciąć za to, że już gdzieś widziała przedmioty wykonane z tego samego surowca. Kiedy chłopak skończył pakowanie, zabezpieczył wieko skrzyni. Na polecenie drugiego, otworzył inną i wyciągnął jej zawartość na drewniany wózek.
- Zabierz to do mojej kajuty, Resh. Zajmij się potem swoimi obowiązkami.
Brązowowłosy młodzieniec ukłonił się i wyszedł ciągnąc za sobą wózek. Zostawił uchylone drzwi, ale te i tak skrzypnęły.
- Hej ty! Nie wychodź! Nie mam ochoty dłużej tu wisieć. Wiem, że mnie widzisz i słyszysz. Natychmiast mnie uwolnij! Wiesz, kim ja jestem? Jestem Aes Sedai!
- Taa... – nieznajomy mruknął jakby w odpowiedzi.
Krążył przez dłuższą chwilę między skrzyniami. Przez szpary między deskami przyglądał się ich zawartości. Antari parsknęła ze złości. Niewiele obchodziło ją kontrolowanie swojego zachowania. I tak nikt jej nie widział. No, może poza tym ignorantem na dole. Przez chwilę po jej głowie szalały czarne myśli i skrzywiła się, jakby jedna z nich dobitnie powiedziała jej, że tamten jednak wcale jej nie widzi. Zaczęła się szamotać. Może to zwróci jakoś jego uwagę.
- To na nic. – usłyszała rozbawiony głos nieznajomego.
Nawet na nią nie spojrzał! Ale ona nadal nie przestawała próbować się oswobodzić. Będzie musiała zrobić to ręcznie, skoro nie może korzystać z Mocy... Jej ciało przeszył zimny dreszcz.
- To nic nie pomoże, Aes Sedai. – dwa ostatnie słowa wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie ważne jak długo będziesz się tak męczyła. To nic nie da. Tylko opadniesz z sił. Choć to akurat powinno być mi na rękę.
Zaśmiał się wrednie pod nosem.
- Czego ode mnie chcesz?
- Czegoś na pewno będę chciał... Na początek powiedz mi, co cię łączy z Vede din Cue.
Antari przestała się szamotać. Nie odpowiedziała. Bo niby co miała mu powiedzieć? Że przez chwilę miała ją pod swoją opieką? Że miała jej pokazać kilka sztuczek z użyciem Mocy? Na co taka wiedza temu człowiekowi?
- Nie powiesz? – zapytał.
Aes Sedai przybrała charakterystyczny kamienny wyraz twarzy.
- Chyba powinienem był cię uprzedzić, że nie jestem... zbyt cierpliwy. A ty znajdujesz się w niewesołej sytuacji. Jesteś intruzem na obcym terenie. A poza tym, jak się czujesz odcięta od Źródła?
Cholerny zarozumialec! Musiał jej o tym przypominać?! Na samą myśl o odcięciu od Źródła chciało jej się płakać. A teraz, gdy faktycznie była odcięta, boleśnie odczuwała jego brak. Wszystko stało się marnością. Nawet ona sama. Mimo tylu emocji, wyuczona kamienna twarz pozostała teraz taka sama.
- Pewnie zastanawiasz się, co też trzyma cię tam na górze, prawda? – stanął prawie pod nią. – Otóż jest to ta sama siła, za którą tak bardzo tęsknisz.
- Saidar? – zapytała z niedowierzaniem.
- Saidin
Nagle wszystko stało się dla niej jasne! Światłości, Saidin! Zakręciło jej się w głowie i zrobiło mdło. Jakim cudem, ktoś mógł potraktować ją Saidinem?! Przecież od tego się umiera! Skaza Czarnego na męskiej połówce mocy doprowadza do śmierci! Do szaleństwa w najlepszym wypadku! Antari omal nie przegapiła dźwięku pstryknięcia palcami. Nie zdążyłą się jednak zorientować w sytuacji, póki nie walnęła z impetem w podłogę. Ledwo co pomyślała o wstaniu na nogi, otoczył ją strumień Powietrza, który doprowadził ją do pionu. Oczywiście nie dotykała stopami podłogi. Gdyby tylko mogła się poruszyć strzepnęłaby z siebie Saidina jak kurz z ubrania! Gdyby tylko mogła... ale nie mogła. Dziękowała Światłości za to, że ten szaleniec nie postanowił jej znów umieścić pod sufitem! Nieznajomy przez chwilę wpatrywał się w nią zimnym wzrokiem.
- Wiem, że użyłaś Bramy. Zastanawia mnie jednak fakt, skąd wiedziałaś jak tu trafić?
Nie wiedziała. Nikt nie wiedział gdzie wyrzuci go nieutrzymana Brama. Takich rzeczy nie dało się przewidzieć. Równie dobrze obie mogły po prostu zginąć. Właśnie! Skąd on zna Vede din Cue? Może już ją złamał? I w tym momencie nieznajomy jakby usłyszał jej myśli. Otoczyła go świecąca poświata Saidina. Ręce Antari wykrzywiły się nienaturalnie. Tylko jęknęła z bólu. Strumień Powietrza zablokował jej usta. Przez jej głowę przemknęła tylko jedna myśl – Nie będzie łatwo.



Zilal :: 25.02.2008 :: 10:15 :: Komentuj (17)

Kiedy Vede siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę, mężczyzna za biurkiem wstał. Wszystkie naczynia były już gotowe. Wyglądały trochę jak srebro.
- Resh! – zawołał donośnym głosem. – Resh!
Din Cue podniosła wzrok i zdębiała. Po prostu nie spodziewała się, że zobaczy tak uroczą facjatę. Nie, to było złe określenie. Nie mogła powiedzieć, że mężczyźni Ludu Morza byli nieatrakcyjni. Wprost przeciwnie. Ale on? Na pierwszy rzut oka był przystojny, ale... W wyglądzie jego twarzy było coś niepokojącego. Coś, co sprawiało, że nagle w otoczeniu robiło się cholernie zimno. Vede zastanawiała jedna rzecz. Jakim cudem, przebywając na morzu, zachował jasną cerę? To wydało jej się bardzo dziwne. A jednak, nie odejmowało mu to tego dziwnego uroku. Jego ciemnie włosy swobodnie opadały na ramiona zlewając się z czarnym kaftanem. Niebieskie oczy z wyczekiwaniem wpatrywały się w drzwi. Te w końcu się otworzyły, a do środka wszedł młody przedstawiciel Atha’an Miere. Nowy obrzucił Vede zdegustowanym spojrzeniem brązowych oczu bystrze zerkających spod postrzępionej brązowej grzywki. Miała dziwne wrażenie, że już go gdzieś wcześniej widziała. Nowy lekko się ukłonił czarnowłosemu i zapytał o powód wezwania.
- Skończyłem. Chodźmy po następne.
Młodzian kiwnął głową w odpowiedzi.
- A ona nie ucieknie? – zapytał lekko wydymając wargi i od niechcenia wskazując na dziewczynę.
- Nie...
W głosie czarnowłosego pobrzmiewała nutka rozbawienia. A może to była ironia? Cokolwiek to było, wywołało uśmiech na twarzach obu nieznajomych. Wyszli bez słowa zostawiając otwarte drzwi.

Mu, Milo i Shaka wyruszyli skoro świt. Każdy dostał po tobołku wypchanym jedzeniem i bukłaku z wodą. Na razie nie wiedzieli, w którą stronę mają się udać w poszukiwaniach Shury. Przepytywanie wszystkich mieszkańców pobliskiej wioski nic nie dało. Nikt go nie widział. Nikt nic nie słyszał. Przez dłuższy czas szli w milczeniu. Oddalili się na taką odległość, by zapewnić sobie odrobinę prywatności. A może raczej chodziło tu o bezpieczeństwo mieszkańców, bo z tego, co zdążyli się już zorientować, podróżowanie przy użyciu cosmo wzbudziło by nie lada sensację. A tego raczej chcieli uniknąć. Choć z drugiej strony... Może w ten sposób Shura prędzej dowiedziałby się o ich obecności.
- No to do dzieła... – Milo przycisnął do siebie tobołek z jedzeniem.
Pozostali przytaknęli mu kiwnięciem głowy.
- Eee, Milo...? – Shaka szturchnął tamtego łokciem. – Czy mi się wydaje, że to jest to, co mi się wydaje, że jest?
- Taa... – skorupiak wzdrygnął się.
Z niewiadomych powodów nie mogli rozpalić swojego cosmo. Virgo jeszcze raz szturchnął Milo. Tym razem przy okazji wskazał na trzeciego. Mu wyglądał, jakby zobaczył coś strasznego. A przynajmniej tak to wyglądało. Choć nie było wiatru, włosy golda dziwnie falowały. Poza tym ani drgnął. Nie mrugał, choć oczy miał wybałuszone i wpatrzone nie wiadomo gdzie.
- Mu...
Shaka już wyciągał łapsko żeby szturchnąć Ariesa.
- Czekaj! – Milo powstrzymał go w ostatniej chwili. – A jeśli wpadł w jakiś trans?
- To co? Obudzi się, nie?
- A jak się nie obudzi i tak mu zostanie? Będziemy go takiego ciągnąć ze sobą po okolicy? Będzie toto nam odstraszać informatorów z takim wyglądem.
Virgo z kwaśną miną zerknął na mordkę Mu.
- No tak... To będziemy czekać, aż mu przejdzie?
Milo kiwnął na tak. Oznajmił przy okazji, że nie będzie tyle stał. Szkoda nóg. I gdy tylko goldzi posadzili swoje cztery litery na zielonej trawce, Mu ocknął się.
- Kto zarządził postój? – spiorunował ich wzrokiem.
Shaka wywrócił oczyma i ani myślał się podnieść. Milo wstał.
- Lepiej powiedz, co tam widziałeś. – zwrócił się do Ariesa.
- Shurę...

"Otwarte drzwi! Zostawili otwarte drzwi!" – na twarzy Din Cue pojawił się uśmiech. Chyba nie są aż tacy głupi, że tak po prostu pozwolą jej uciec? A może zrobili to celowo? Albo wiedzieli, że nie da się uciec? Tak czy siak, jeśli nadarzała się szansa ucieczki, trzeba z niej skorzystać. Vede ułożyła sobie w kilka sekund pewien plan. Wydostanie się stąd, odszuka Antari, wskoczą do szalupy i tyle je tu będą widzieli. Pokiwała głową do swoich myśli, ale zaraz przypomniało jej się, że jeśli rzeczywiście jest na "Płonących Skrzydłach" , to z "wyskoczeniem" mogą być problemy. Jedna z legend na temat tego okrętu mówiła, że ci, którzy próbowali uciec z pokładu spłonęli w ogniu otaczającym burty zanim nawet zdążyli wpaść do wody. Taki los jej się nie uśmiechał. Mimo to spróbowała coś zrobić z sytuacją, w której się znalazła. Wstała. Jeden krok i łup! Walnęła w jakąś niewidzialną barierę. Niewiele myśląc wymacała ją całą. Niewidzialna kopuła dookoła krzesła... Świetnie! Rzeczywiście nie miała perspektywy ucieczki.



Zilal :: 29.01.2008 :: 13:09 :: Komentuj (5)

Antari odzyskała świadomość. I od razu ogarnęło ją dziwne uczucie. Jakby świat w jej głowie wirował. Nie zdarzyło się to zresztą pierwszy raz, ale nie miała teraz ochoty przypominać sobie, jak to było, gdy na początku nauki przedawkowała ilość Mocy, którą mogła zaczerpnąć. Otworzyła oczy. Oświetlony mdłym światłem widok, najwyraźniej, ładowni jakiegoś statku bujającej się z prawa na lewo i z lewa na prawo, wcale nie sprawił, że poczuła się lepiej.
- Światłości... – mruknęła zastanawiając się dlaczego ona też się nie buja.
Chciała unieść rękę, by wyciągnąć ją przed siebie i rzucić na sprawę trochę światła. Nic z tego. Była do czegoś przywiązana. Co gorsza, nie czuła pod nogami podłogi. Nawet fikanie nie pomogło. Nie była w stanie dosięgnąć niczego. Bujające się światło zaczynało ją drażnić.
- Chyba zapomniałam kim jestem. – uśmiechnęła się pod nosem.
Skoncentrowała się, by zaczerpnąć Jedynej Mocy. Nic? Zmarszczyła brwi. Może niedostatecznie się skupiła? To na pewno przez to cholerne bujanie. Wzięła głęboki wdech i...
- Nie!
Nie! To nie mogło być prawdą! Ktoś odciął ją od Źródła!

Shura obudził się bardziej zmęczony niż przypuszczał. I do tego wydawało mu się, że zaraz zacznie trząść się z zimna. Zorientował się, że dziwnego zakręconego pierścienia już nie ma. Odetchnął. Przynajmniej to miał z głowy. Zostało jeszcze tylko to, o czym mówił ten... umarlak. Ale czy mógł wierzyć jego słowom? Chyba będzie musiał... Po prostu nie ma innego wyjścia. Pokręcił głową z niesmakiem na twarzy. Niby jak miał dojść do tego, o czym mówił tamten skostniały starzec? Nie miał żadnych wskazówek. Nic. Ba, tamten nawet słowem nie wspomniał o Kamieniu Portalu, czy jak tam go nazwała Merenwen. Właśnie! Jak tylko zje śniadanie, odszuka ją i zapyta o wszystko. Mimo to, nie spodziewał się, że wszystko wyjaśni się za jednym posiedzeniem.

Vede din Cue ocknęła się. Siedziała na dużym drewnianym krześle. Ciemne drewno ozdobiono rzeźbieniami w motywy roślinne. Oparcie i siedzenie obito krwistoczerwonym pluszem. Takie luksusowe siedzisko wydawało się niczym w porównaniu z tym, na co właśnie patrzyła. Blat biurka zapełniały różnego kalibru puchary i kielichy. A wszystkie były, można by rzec, nic nie warte. Zwykłe miedziaki wyklepane na wiejskim podwórku. Właśnie, już za chwilę będzie można używać terminu "były". Znaczna część naczyń zaczęła już prawie w całości zmieniać swoją strukturę.
- To cuendillar. – odezwał się mężczyzna siedzący po drugiej stronie biurka. - Atha'an Miere lubią takie świecidełka, prawda?
Vede nie odpowiedziała. Nie musiała. Nie widziała też jego twarzy. Zasłaniał ją jakiś... wazon. Ale po akcencie poznała, że nie należy do Ludzi Morza.
- Pewnie zastanawiasz się, gdzie jesteś. Wy, nazywacie ten statek...
Reczywiście! Nie zwróciła nawet uwagi na charakterystyczne bujanie. Najwyraźniej zbyt mało czasu spędziła na lądzie. Ucieszyła się na myśl, że znów jest na morzu.
- "Płonące Skrzydła". Niedorzeczna nazwa. – zaśmiał się.
Din Cue wytrzeszczyła oczy. Co? Przecież ten statek nie istnieje. To była tylko bajka, którą straszy się dzieci, prawda? A jeśli nie? Mina jej zrzedła. Spuściła wzrok i nagle poczuła wielką ochotę wtopienia się w to piękne krzesło.



Zilal :: 10.01.2008 :: 12:43 :: Komentuj (10)

Antari wyciągnęła młodą kobietę z Ludu Morza na obrzeża terenu Białej Wieży. Wcześniej zapowiedziała, że nauczy ją czegoś wyjątkowego. Czegoś, co obecnie rzadko która Siostra potrafi dokonać. Zdołała już wytłumaczyć nowej, jak to działa.
- Jesteś pewna, że mi się to do czegoś przyda? – zapytała Vede din Cue.
- Oczywiście!
Zatrzymały się. Ath'an Miere nie była wcale taka przekonana, czy "szybkie podróżowanie" do czegoś mogło jej się przydać przy dowodzeniu statkiem.
- Pamiętasz co ci mówiłam? – zapytała Antari stając zdecydowanie za blisko towarzyszki.
Tamta kiwnęła głową w odpowiedzi. Objęła Źródło w sposób, w jaki nauczyła się tego robić na statkach. Nieznacznie poruszając palcami uplotła srebrną wstęgę.
- Dobrze, a teraz dodaj trochę...
Vede poruszyła palcami.
- Ale nie tyle! – Antari wrzasnęła zapominając o byciu cicho.
Sama zaczerpnęła Mocy by wyrównać splot Bramy. Ale nie wiedziała, jak to może się skończyć. Nagle, prosta dotąd srebrna wstęga zaczęła się wyginać we wszystkie strony.
- Krew i krwawe popioły! – młoda Błękitna zaklęła. – Nie jest dobrze.
Vede din Cue była zupełnie zdezorientowana. Czuła przepływającą przez jej ciało Jedyną Moc, ale sploty nie układały się tak, jak powinny. Jak miała wszystko wyprostować? Zerknęła na młodą Aes Sedai. Antari wyszczerzyła zęby i wściekle przebierała palcami próbując naprawić splot. Skoro to Źródło było przyczyną tego wszystkiego, Vede postanowiła odciąć dopływ Mocy. Wypuściła Źródło i uśmiechając się spojrzała znów na Antari mając nadzieję, że to załagodzi jakoś sytuację. Ale jedynym co zdążyła zobaczyć była przerażona twarz tamtej. Nagle ogromna siła pociągnęła je w zerwany splot.

Shura szedł po lodowym moście. To, co usłyszał od zlodowaciałej persony nadal nie mieściło mu się w głowie. Kto w ogóle mógłby zrobić coś takiego żeby wrócić do domu? Na pewno nie on! Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby osadzić się gdzieś tu, ożenić się z ładną dziewczyną i żyć spokojnie. Ale przecież to nie było to, do czego został stworzony. Jest Złotym Rycerzem. Broni Ateny. Nie, nie ma mowy! Musi wrócić do siebie. Kiedy wyszedł z mgły Merenwen i jej strażnik rozmawiali o czymś po cichu. Ale przestali szeptać, gdy tylko go spostrzegli. "Więcej tajemnic... fajnie" – Shura prawie pożałował, że tego nie powiedział głośno. Wyciągnął przed siebie rękę. W dłoni nadal trzymał ten dziwny pierścień.
- Czy jak ci go oddam, to się obudzę? – zapytał kobietę.
- Obudzisz się tak, czy inaczej. Ale bezpieczniej będzie, jeśli nikt nie znajdzie tego rano przy tobie.
Wyciągnęła rękę po przedmiot, ale zatrzymała się tuż przed. Szybkim ruchem odwróciła głowę w lewo.
- Kłopoty? – zapytał Rahien.
Skinęła głową na tak. Porwała pierścień z dłoni Shury i wszyscy rozpłynęli się w powietrzu.

Merenwen i Rahien wybiegli na otwartą przestrzeń nadal pozostając w Świecie Snów. W Tel'aran'rhiod rzeczywistość była zawsze odrobinę... inna. Zatrzymali się przy niewielkim kraterze w ziemi. Nadal się jeszcze dymił.
- Co tu się stało?
- Nie wiem, Rahien. Pewnie któraś z Nowicjuszek albo Przyjętych przesadziła z ilością Mocy. – odpowiedziała Brązowa.
Podniosła kawałek materiału i otrzepała go z grudek ziemi. Syknęła przez zęby, gdy zorientowała się co to jest.



Zilal :: 01.07.2007 :: 14:43 :: Komentuj (4)

Shura otworzył oczy. I w sumie nic nie zobaczył. Ciemność, nieprzenikniony mrok roztaczał się wokół niego. Jedyne co wiedział na pewno to to, że stał na czymś twardym. Ale z drugiej strony nie był pewien jakie to coś ma wymiary. Obawiał się ruszyć w którąkolwiek ze stron. Pierścień, który dostał od Merenwen nadal tam był. Otworzył dłoń. Przedmiot emanował mdłym światełkiem, które jeszcze bardziej pogłębiało otaczającą go ciemność. Gold westchnął w niemocy. Gdyby tylko mógł... i nagle poczuł na sobie ciężar Złotej Zbroi. Uśmiechnął się pod nosem. W końcu coś, co znał.
- Zapanuj nad strojem. Świecisz się. Widać cię z daleka. – usłyszał znajomy głos, któremu towarzyszyły kroki na najwyraźniej kamiennej posadzce.
Z pojawieniem się Rahiena mrok przemienił się w słabo oświetlony szeroki korytarz. Na jego ścianach wisiały gobeliny w kwieciste wzory. Sam Strażnik był w swoim zwykłym stroju. Shura pokręcił głową z niedowierzaniem. No tak, mógł się spodziewać, że też go tu zastanie. Cóż, jakoś nie darzył Strażnika sympatią. A i wydawało mu się, że Rahien też wolał go nie oglądać. Stali tak przez chwilę, a saintowi jakoś nie chciało się pytać Strażnika – co dalej? I nagle w korytarzu rozległy się czyjeś kroki. Shura skierował swój wzrok w ich stronę. Kątem oka zdążył jeszcze zauważyć, że odzienie Gaidina zmienia się na iście lordowski strój. Na korytarzu po przeciwnych stronach zapłonęły dwie pochodnie, a ich oczom ukazała się Merenwen. Gdyby Shura nie widywał sukienek Saori mógłby powiedzieć, że suknia Brązowe ma zdecydowanie za duży dekolt. Aes Sedai jakby odczytując jego myśli nawet nie zaszczyciła go swoim spojrzeniem. Podeszła do swojego Strażnika i ucałowała wnętrza jego dłoni. Rahien zrobił to samo, ale na koniec złożył też pocałunek na czole kobiety. Dziwne zwyczaje – pomyślał gold. W sumie wszystko co tutaj zastał mógłby określić mianem dziwnego. Przez myśl przeszło mu też, że sam może być uznany za dziwnego. To tylko jeszcze podsyciło jego pragnienie powrotu do Grecji. Z jakiegoś niewiadomego powodu Brązowa w końcu raczyła się do niego odezwać.
- Dobrze, że udało ci się tu stawić. Ten strój... – zlustrowała zbroję. – nie będzie zbyt odpowiedni tam, gdzie się wybieramy.
- A gdzie to jest?
Skinęła na Strażnika i nagle ubranie obojga zmieniło się na zimowe kożuchy.
- Gdzieś daleko na...
Podeszłą do Shury i dotknęła jego ramienia. Chwilę później stali na ośnieżonym szczycie. Shura zatoczył się i obiema rękami chwycił za głowę. Przed jego oczyma wirowały obrazy. Jakby zdjęcia z krain, które właśnie przebyli w ułamkach sekundy. Kiedy wizje ustały, Shura poczuł otaczające go zimno. Na odległość czterech kroków otaczała ich gęsta mgła.
- Co to za miejsce? – zapytał gold.
- Koniec świata.
Saint skrzywił się.
- Chcesz poznać odpowiedzi, prawda? – zapytała Brązowa.
Shura kiwnął głową w odpowiedzi. Merenwen uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę przed siebie.
- Tam...
Trzy kroki we skazanym kierunku i gold się zatrzymał. Nie wiedział na pewno, czy świszczący wiatr może oznaczać przepaść. Kucnął i wymacał podłoże. Ziemia kończyła się ostrym uskokiem. Oczywiście gęsta mgła nie pozwalała nic zobaczyć. Spojrzał przez ramię na Aes Sedai.
- A jeśli spadnę? – zapytał.
- Spadniesz, jeśli stracisz wiarę. Tylko idź prosto i miej nadzieję. Pod twoimi stopami będzie formował się most z lodu. Uważaj.
Shura nie był zachwycony z obrotu spraw. On sam na nieznanej ziemi. Na moście o wątpliwej stabilności. Ba, na wątpliwym moście! Przecież nie mógł być pewien, że ta kobieta nie chce go się po prostu pozbyć. Ale z drugiej strony, po co miała by to robić? Niczym jej nie zaszkodził. Posłuchał jej. Sam do końca nie wiedział dlaczego, ale ruszył we wskazanym kierunku. Jak ogromnie zdziwił się wyczuwając pod butami twardą powierzchnię. Musi tylko wierzyć, ze wróci do Grecji... Krótko po tej myśli gdzieś niedaleko przed nim pojawił się ciemny kształt. Gdy zbliżył się na dostateczną odległość, był w stanie powiedzieć, że to najwyraźniej jakaś super wysoka, strzelista wieża. Wszedł do środka. Od razu uderzyła go panująca wewnątrz cisza i jasność. Nie wiedział skąd dobiega światło. Nigdzie nie widać było jego źródeł. Krótki przedsionek zaprowadził golda do okrągłej sali. I znów ta cisza i spokój. Jakim cudem nie czuł, ani nie słyszał świszczącego na zewnątrz wiatru? Nie czuł zimna? Czemu nie było przeciągu? Przecież w otworach najwyraźniej przeznaczonych na okna nie było kawałeczka szkła! Ani żadnego innego zabezpieczenia. Coś głośno zachrzęściło. Shura skierował swój czujny wzrok w stronę, z której dochodził dźwięk. Na oblodzonym podeście stał oblodzony tron. A na nim siedziała równie zmarznięta persona. Mężczyzna o trupiobladej twarzy i kruczoczarnych włosach gapił się na niego oczyma bez źrenic i tęczówek.
- Jam się zrodził w sercu tego świata. Jam jest dzień i noc. Jam bezchmurne niebo i spokojna tafla jeziora. Jam silny wiatr i morze wzburzone...
Shura uniósł brew w zdziwieniu. "Nawet Shaka nie wymyśliłby takiej gadki" – powiedział do siebie w myślach.
- Ty... – znów coś zachrzęściło i zlodowaciała ręka uniosła się. Skostniały palec wskazał na intruza. – Czego pragniesz?
- Chcę wrócić do domu. Do świata, do którego należę. Do mojej Grecji. Do Sanktuarium.
Cisza. Przez dłuższą chwilę nie było żadnej odpowiedzi, żadnej reakcji. Zupełnie jakby wszystko zamar(z)ło.
- Chodź... – skostniała dłoń obróciła się i kiwnęła na golda zapraszającym ruchem. – Chodź i poznaj swoją odpowiedź.

Aes Sedai wraz ze swoim strażnikiem stali na śniegu. Mocny wiatr szarpał ich zimowymi grubymi płaszczami, ale oboje zdawali się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Wpatrywali się w mgłę, w której zniknął czarnowłosy młodzian.
- Długo będziemy czekać? – zapytał Rahien.
- Tyle ile potrzeba. Mam tylko nadzieję, że nie potrwa to całej nocy. Zapomniałam nakarmić Ramzesa.
Oboje uśmiechnęli się, a Strażnik objął ją ramieniem.



Zilal :: 06.05.2007 :: 16:01 :: Komentuj (3)

Shura w końcu w gąszczu kobiet wypatrzył Merenwen. Poszedł w jej kierunku i zawołał ją.
- Merenwen! Merenwen!
Nic. Nie zareagowała. Szła szybkim krokiem. Zajęta swoimi myślami. Dziewczęta w bieli dygały i usłużnie schodziły jej z drogi. Może z obawy o własne zdrowie, bo Brązowa byłą tak zamyślona, że pewnie nie zauważyłaby, gdyby kogoś stratowała.
- Merenwen! – saint nadal ją gonił. – Merenwen Sedai!
O dziwo zatrzymała się. Przez głowę sainta przeszła myśl, że pewnie dalej by ją tak gonił, gdyby nie użył słowa ‘sedai’.
- Słucham. – rzuciła podenerwowanym tonem.
- Chcę wrócić do domu.
Przez ułamek sekundy patrzyła na golda, jakby go nie zrozumiała.
- Tak po prostu?
- Owszem, czy to takie dziwne?
Brązowa zmarszczyła brwi.
- Znajdź Kamień Portalu, wybierz odpowiednie symbole i po sprawie.
- Nie wiem, które symbole są odpowiednie. – Shura pokręcił głową.
- Kamienie Portalu przeplecione są przez wiele rzeczywistości.
- Domyśliłem się.
Aes Sedai przez dłuższą chwilę patrzyła prosto w jego oczy. I gdyby ktoś zapytał Shurę ile razy ona mrugnęła, gold nie byłby w stanie podać żadnej liczby. Znów miał to wrażenie, że Merenwen czyta jego myśli jak otwartą księgę. Nawet nie zauważył kiedy zrobiła krok w jego stronę.
- Weź to. – wcisnęła mu coś do ręki. - Nie wolno ci na to spojrzeć dopóki nie będziesz miał pewności, że jesteś zupełnie sam. Miej go zawsze przy sobie i nie pokazuj nikomu. Gdy położysz się na nocny spoczynek zamknij go w dłoni złożonej na piersi i skup się na nim. Zaśnij myśląc o nim. Śnij o nim.
Shura kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Merenwen odeszła zająć się swoimi sprawami. Gold spojrzał na swoją zamkniętą dłoń. Złapał się na tym, że nie patrzy na swoją rękę, tylko przysłuchuje się otaczającym go odgłosom. Mógłby się założyć, że nie słyszał ani rozmów, ani kroków kiedy Brązowa udzielała mu instrukcji. Pokręcił głową. Pewnie mu się zdawało. A może ta kobieta użyła na nim tej ich Mocy? Jeśli w jakimś stopniu miało mu to pomóc wrócić do Grecji, to niech Merenwen Sedai robi, co chce. Zacisnął dłoń na małym okrągłym przedmiocie. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę rozłożystego drzewa. Usiądzie pod nim i pozbiera myśli. Na szczęście do wieczoru nie było daleko.

Milo opadł na swoje posłanie i odetchnął z ulgą. Świadomość dobrze wykonanej pracy i pomocy tym ludziom budziła w nim... radość. Sam nie mógł się z tego faktu nadziwić. Zerknął na Shakę. Ten jak zwykle marudził coś o zgubnym działaniu promieni słonecznych na jego skórę i czymś tam jeszcze. Skorupiak przestał słuchać. Przeniósł wzrok na Mu. Aries siedział ze skrzyżowanymi nogami. Plecy i głowę opierał o ścianę, a niewidzące spojrzenie wlepił w sufit. Milo nieznacznie pokręcił głową. Czemu Baran tak martwił się o Shurę? Najwyraźniej musiało chodzić o coś więcej. Ba! Przecież oni też tu utknęli!
- Powiedziałeś im? – zagadnął Ariesa.
- Tak. Adelis – bo tak miała na imię gospodyni – przygotuje nam prowiant i płaszcze z kapturami.
- Doskonale... – uradował się Virgo. - Nie będę musiał tego więcej znosić.

Shura zwieńczył wieczorny posiłek kuflem ale. Kiepski trunek. Niejedno z tych gorszych piw, które mógł dostać w domu smakowało przy tym jak produkt z górnej półki. Gold był teraz w swojej komnacie, gotowy do snu. Otworzył dłoń i spojrzał na przedmiot, który dała mu Brązowa Siostra. Szeroki kremowy pierścień, który w pewnym miejscu został skręcony. Przez chwilę zastanawiał się z czego mógł być ów przedmiot wykonany. Jakoś żadna materia nie przychodziła mu na myśl. Ziewnął przeciągle. Zamknął pierścień w dłoni, ułożył ją na piersi i po prostu zasnął.


Zilal :: 04.04.2007 :: 13:35 :: Komentuj (4)

Shura siedział na trawniku ze skrzyżowanymi nogami. Westchnął głośno i założył ręce. Znów dostał lanie od tego "dzwoneczka". Całe szczęście żadna Żółta nie przyjdzie się naprzykrzać. Po dzisiejszym treningu zostanie mu tylko kilka siniaków. Gdyby tylko dookoła nie pałętało się tyle dziwnych kobiet bez szali. Antari powiedziała mu, że Aes Sedai nie mają obowiązku noszenia takich na terenie Wieży. Dlatego nie mógł ryzykować jakąś wpadką. Ale gdyby żadnej nie było w wystarczającej odległości pokazałby temu Strażnikowi, kto tu potrzebuje szkolenia! Rzucił okiem na Rahiena. Dyskutował z Hammarem. Najwyraźniej obaj dobrze się bawili, bo co chwila któryś wybuchał śmiechem... Który to już dzień tutaj jest? Nie ważne, i tak trwa to już za długo. Postanowił sobie, że wieczorem przejdzie do pomieszczeń kuchennych i weźmie sobie trochę prowiantu. A gdy zrobi się już dostatecznie ciemno po prostu sobie pójdzie. Nikt go tu nie zapraszał, więc nikt też nie powinien zawracać sobie głowy jeśli stąd zniknie. A jeśli zatrzymają go na odchodnym nie zawaha się użyć Mocy... Prychnął i pokręcił głową z dezaprobatą. Cosmo! Na Atenę, to miejsce zaczynało odciskać na nim swoje piętno. A na to nie mógł sobie pozwolić. Coś głucho pacnęło na trawę. Przed nogami golda wylądowała krótka pałka.
- Takiś mądry? To pokaż nam, jak to się robi!
Grupka młodych pod okiem trenera pokonywała tor przeszkód. Shura tylko westchnął. Czasami zapominał, że nie siedzi na schodach swojego zodiakalnego domu. Będzie musiał bardziej uważać, bo znów się w coś wpakuje.

- I co ja mam z tym zrobić?
Shaka stał z motyką w rękach i nerwowo zerkał na kolegów.
- Ja nie mam zamiaru brudzić sobie rąk. - Milo odrzucił swoje narzędzie pracy jakby nagle okazało się być śmiertelnie jadowitym wężem.
- No co wy? - Mu pokręcił głową. - Ci ludzie byli dla nas dobrzy. Nakarmili nas, oprali i przenocowali. Wypadałoby się im odwdzięczyć.
- No niby... - mruknął Scorpio i podniósł swoją motykę. Spojrzał na wąsatego farmera pracującego niedaleko. - Hmpf! Potraktujmy to jako trening!
Wyszczerzył zęby. Ale już po chwili jego twarz przybrała wyraz najwyższego skupienia, gdy obserwował farmera. Kopiując ruchy tamtego sam wziął się do roboty. Pozostali dwaj poszli w jego ślady.
- Jutro już tu nie przyjdziemy... - rzucił Mu, tak zupełnie od niechcenia. - Musimy dowiedzieć się, czy Shura tu jest.

Jeszcze tylko jeden ruch i... sru! Decha drewnianego przeciwnika zdzieliła Shurę w plecy z niebanalną siłą. Gold wylądował na ziemi.
- Nieźle, synu... - trenujący grupkę mężczyzna pomógł mu się pozbierać. - Nieźle, jak na pierwszy raz.
Saint otrzepał ubranie. Pięknie, tej nocy na pewno się nie wyśpi. Nie dość, że będą go bolały plecy, to zostanie mu przez jakiś czas czerwony ślad. Może warto byłoby poszukać jakiejś uzdrowicielki? Trener starał się namówić go na jeszcze jedną próbę, ale Shura tylko pokręcił głową i odszedł. Musi rozmówić się z tą całą Merenwen. W końcu w Świątyni czekają na niego obowiązki. Rozejrzał się po placu. Rahien gdzieś zniknął. Trudno, poszuka jej na własną rękę.

Merenwen siedziała w swojej komnacie. Dobrze, że uczennica z Ludu Morza potrzebowała kilka dni żeby się zaaklimatyzować. Antari oprowadza ją pewnie teraz po Tar Valon. A jednak Brązowa westchnęła. Pasiasty kot zeskoczył z jej kolan i machając ogonem zaczął się przyglądać gołębiowi zamkniętemu w klatce, która stała na stoliku. Kobieta kolejny raz spojrzała na skrawek papieru. Kolejny raz przeczytała zakodowaną wiadomość. Powtórzyła ją w myślach i używając Ognia spaliła papier. Wstała. Z jednej z półek wzięła księgę. Przewertowała kilka stron, aż w końcu trafiła na tą, która ją interesowała. Postukała palcem w obrazek - jak to miała w zwyczaju - i pokiwała głową do swoich myśli. Sytuacja była niewesoła. Cóż... będzie musiała wystosować oficjalny list... Pikanterii całej sprawie dodawała też plotka o pojawieniu się Sammaela. Ale tym zajęłaby się z przyjemnością.



Kilka słów o Sammaelu, może nie do końca pasujących do Virgo ):P

Sammael był energicznym, atrakcyjnym mężczyzną o złotych włosach, błękitnych oczach i obcesowych manierach. Z powodu budowy wydawał się wyższy, niż był w rzeczywistości, choć porównywany z innymi mężczyznami okazywał się zaledwie przeciętnego wzrostu. Niski wzrost napełniał go zresztą dodatkową goryczą, ponieważ sądził, że częściej jest oceniany ze względu na wygląd niż na umiejętności i czuł się zwyczajnie niedoceniany. Przed wojną był sławnym na cały świat sportowcem, który startował w wielu konkurencjach, między innymi w łucznictwie i w pewnego rodzaju bezkrwawych pojedynków przy użyciu mieczy; w tej ostatniej dyscyplinie zdobył nawet mistrzostwo świata. Podobno przyjaźnił się z Lewsem Therinem Telamonem, chociaż trudno dziś ustalić, jak bliska zażyłość ich łączyła. Na początku Wojny o Moc Sammael ujawnił inne swoje talenty i wkrótce dzięki nim został jednym z najwybitniejszych generałów Lewsa Therina. Szczególny talent przejawiał w strategii obrony, a walki z Cieniem były często defensywne. W czwartym roku wojny Sammae1 niespodziewanie przeszedł na stronę Cienia. Jednym z powodów jego decyzji była wiara w nieuchronne zwycięstwo Czarnego, a Sammael mimo iż utalentowany taktyk i wojownik - lubił prowadzić wojsko do boju, w którym zwycięstwo było pewne. Drugim powodem była nienawiść do Lewsa Therina, gdyż uważał się za lepszego generała i sądził, że on, a nie Smok powinien zostać dowódcą wszystkich sił. Sammael preferował taktykę osiągnięcia zwycięstwa środkami militarnymi, a nie za pomocą intryg politycznych czy zabiegów dyplomatycznych i wolał służbę polową nad pracę gubernatora. Ilekroć to było możliwe, wracał do działalności wojskowej, a mieszkańcy podległych mu terytoriów za każdym razem cieszyli się z jego odejścia. Oprócz zwykłych dla zastępów Czarnego okrucieństw, jego gubernatorstwo charakteryzowało się bowiem czymś, co można by nazwać "roztargnionym okrucieństwem". Jego terytoria szybko się degenerowały do stanu, w którym Sammae1 ledwie był w stanie podtrzymywać wojenne przedsięwzięcia Cienia. Na terytoriach Sammaela zdarzały się niezliczone wprost ilości zgonów z powodu wycieńczenia organizmu i chorób, najwyraźniej dlatego, że Sammael nie zwracał nawet minimalnej uwagi na system sanitarny czy właściwy rozdział żywności. Zapisał się też w historii jako miłośnik wielce ambitnych projektów, których wykonanie jako gubernator natychmiast narzucał ludziom związanym z jego poprzednikiem na tym stanowisku. Dla kontrastu wobec cywilnej populacji, żołnierze dowodzeni przez Sammaela - zarówno ludzie, jak i Pomiot Cienia - byli traktowani dobrze i z troską, chociaż bezosobowo. Mówiło się, że Sammael dba o nich, tak jak przed laty jako sportowiec dbał o swój sprzęt, by go nie zawiódł. Jeszcze gorzej niż cywile cierpieli pod rządami Sammaela jeńcy wojenni. Ci, których nie rzucił na pożarcie trollokom (a był to najczęstszy los wojowników ujętych przez Cienia), często musieli się zadowolić niewielkimi ilościami jedzenia i wody, a przeważnie głodowali. Wiadomo, że pewnego dnia, gdy go poinformowano, iż dostarczono zaledwie tyle jedzenia, by utrzymać przy życiu połowę więźniów, Sammael rozkazał natychmiastową egzekucję co drugiego jeńca. Jeszcze niedawno krążyły pogłoski, że Sammae1 - pod imieniem Lorda Brenta - rządzi w Illian, jednakże obecne miejsce jego pobytu nie jest znane.


Zilal :: 30.03.2007 :: 07:23 :: Komentuj (8)

Noc minęła spokojnie. Shura dostał pokój w części przeznaczonej dla gości Wieży. A teraz gapił się na kobietę siedzącą po drugiej stronie wielkiego drewnianego biurka. Najbardziej intrygowała go jej opalona twarz. Spokojne oblicze bez oznak starzenia się. I jakby dla kontrastu jej niebieskie oczy iskrzące się jak kryształki lodu. Oczy o spojrzeniu chłodnym i przenikliwym. Antari unikała sytuacji, w których jej spojrzenie mogłoby się spotkać ze spojrzeniem tamtej. Kobieta poprawiła na ramionach pasiastą stułę w 7 kolorach i przyglądała się saintowi. W końcu wstała i podeszła do okna. Z takiej wysokości musiała mieć niezły widok.
- Więc mówisz, że ten człowiek jest jedynym ocalałym z pożaru, który strawił miasto, z którego przybyła tu Merenwen Sedai?
- Tak jest, Matko.
- Dlaczego zatem Merenwen Allen nie przyszła do mnie z tym osobiście?
Antari nerwowo przełknęła ślinę. Kim musiała być kobieta stojąca pod oknem, że nawet Antari traciła całą pewność siebie? A może to przez to, że ich szybko sklecony plan może spalić na panewce?
- Atha'an Miere, Matko.
Kobieta tylko kiwnęła nieznacznie głową. Owszem, słuchała, ale większość jej uwagi skupiła się na widowisku, które miało miejsce na głównym placu...

Merenwen Sedai wraz ze swoim Strażnikiem stali mniej więcej w centralnej części placu. I nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wraz ze wszystkimi ludźmi znajdującymi się w pobliżu w osłupieniu patrzyli na zbliżające się kobiety. Szły w typowy dla Ludu Morza sposób - znacznie kołysząc biodrami. Podobno było to spowodowane ruchami statków na wodzie. Wszystkie cztery odziane w rzeczy o wręcz niedorzecznym nasyceniu kolorów, obwieszone bransoletkami z kości słoniowej wzbudzały niezłą sensację. To samo tyczyło się też ich licznych kolczyków w uszach i nosach. U dwóch z nich kolczyki w uszach i nosach połączone były złotym łańcuszkiem. A u jednej na ogniwach łańcuszka wisiały kolejne złote kółka. Atha'an Miere zaczepiły jakąś Nowicjuszkę, a ta wskazała na Brązową. Kiedy dotarły do wskazanej Aes Sedai i zatrzymały się po placu rozniosło się zawiedzone mruknięcie. Mężczyźni nie mogli oderwać od nich oczu. Merenwen przez Więź odczuła, że Rahien również nie był zadowolony z faktu, że Atha'an Miere przestały iść. On też odebrał od niej uczucie niezadowolenia, ale z zupełnie innego powodu. Oto stała przed nimi Zaida din Parede Czarne Skrzydło, Mistrzyni Fal. Merenwen wolałaby raczej spotkać któregoś z Przeklętych. Mimo to zaczęła miłym głosem:
- Witamy w Białej Wieży. Niech Świa...
- Ty jesteś tu od uczenia kobiet Ludu Morza? - Zaida wcięła się.
- Tym razem, tak. - odpowiedziała sucho.
- Doskonale... Zgodnie z umową przyprowadziłam jedną z córek morza , by pobierała u was nauki.
Zaida machnęła ręką. Zza jej pleców wystąpiła najmłodsza z nich.
- To... - Mistrzyni Fal wskazała na dziewczynę. - Jest Vede din Cue Północna Gwiazda. Zajmij się nią.
To powiedziawszy skinęła na pozostałe dwie kobiety. Obróciły się na piętach i po prostu odeszły kołysząc biodrami.

- Chcesz zostać Strażnikiem, chłopcze? - Amyrlin z wysokości obserwowała odchodzące kobiety Ludu Morza.
- Tak... Matko. - Shura skrzywił się. Jak oni wszyscy tutaj mogli się zwracać w ten sposób do zupełnie obcej kobiety? - Mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się wrócić do domu.
- Do domu? Przecież twój dom strawił pożar? - kobieta nadal nie odwróciła się od okna.
Antari posłała goldowi znaczące spojrzenie. Mało brakowało, a kopnęłaby go na dokładkę.
- To prawda... Matko. Ale chodziło mi o to, że chciałbym znaleźć sobie nowe miejsce. Nowy dom. I mam nadzieję, że będzie to Tar Valon.
Najwyraźniej wyuczona wymówka zadziałała... Jakoś...

Drzwi otworzył chłopaczek. Zlustrował trzy nieznane mu osoby i zarechotał.
- Wpadliście w szambo?
- I to dosłownie... - Mruknął mu w odpowiedzi Milo. - Czy moglibyśmy się umyć?
Młody zamrugał, uśmiechnął się wrednie i trzasnął im drzwiami przed nosem. Virgo westchnął.
- Idziemy dalej.
- Nie ma żadnego dalej, Shaka. To już ostatni dom w tej wiosce.
- Nie mam najmniejszej ochoty pokazywać się gdzieś indziej w takim stanie.
- Ja też nie, ale...
Drzwi skrzypnęły, a w progu stanął wąsaty mężczyzna.
- Żona przygotuje wam ciepłą wodę i posłania, a jutro pomożecie mi w polu. - oznajmił mężczyzna i wykonał gest zapraszający ich do środka.
- Chyba nie mamy wyboru... - mruknął pod nosem Mu.


Zilal :: 22.03.2007 :: 21:11 :: Komentuj (10)

- Shaka, musisz iść tak blisko mnie?! - Milo wachlował się ręką.
- Twój zapach też mi nie leży. - odgryzł się Virgo.
- Uciszcie się oboje! - krzyknął Aries. - Gdybym tak tylko mógł...
Mu pomyślał o czystym ubraniu i tak od niechcenia machnął ręką w geście strzepywania z siebie całego tego brudu. Nagle poczuł spokój i dziwną pustkę. Ale i jedno i drugie zdawało się trwać tylko przez ułamek sekundy.
- Mu, człowieku! - skorupiak wytrzeszczył oczy. – Jak ty to zrobiłeś?
Ubranie Barana było czyste.
- Ja... tylko... Pomyślałem o czystym ubraniu i...
- Machnąłeś ręką. - dokończył Shaka. - Może na nas też byś pomachał?
Aries przez chwile patrzył na niego w milczeniu.
- Przecież to będzie wyglądało idiotycznie.
- A kto cię tu widzi?
- On! - Mu wskazał na skorupiaka, a ten wyszczerzył się.
- Machaj, machaj. Ja też się piszę na takie czyszczenie.
Baranek tylko wzruszył ramionami. Skupił się na czystych ubraniach i powtórzył gest ręką. Nic...
- I co?
- Nadal śmierdzisz.
- Ty też. Wygląda na to, że będziemy musieli skorzystać z ich pomocy.
Shaka wskazał na domki znajdujące się niedaleko.

- Desandre Sedai. - Antari skłoniła lekko głowę w geście powitania.
Żółta przez chwilę mierzyła ją wzrokiem. Zupełnie, jakby pierwszy raz widziała taką osobę. W końcu odpowiedziała jej pustym uśmiechem.
- Jestem Antari Sedai z Błękitnych Ajah. - zwróciła się do Shury. - Merenwen Sedai prosiła mnie...
- Jeszcze jedna... - gold chyba zapomniał, że miał to sobie pomyśleć i chrząknął gdy zobaczył zdziwioną minę Błękitnej. - Ty i ty... i ta cała Merenwen z tym swoim dzwoneczkiem. Dziękuję za zainteresowanie, ale chciałbym już wrócić do domu.
- Oczywiście... - wtrąciła się Desandre. - Ale skoro jesteś w Tar Valon, to na pewno z jakiegoś konkretnego powodu. Nikt ot tak nie przybywa i opuszcza Białej Wieży, a już na pewno nie bez wiedzy Amyrlin.
- Prawda, Desandre Sedai. Dziękuję za twoją radę. Zapewne jesteś bardzo zajęta uzdrawiając tych wszystkich kandydatów na Strażników. Nie chciałabym cię jeszcze bardziej kłopotać. Sama zajmę się audiencją u Amyrlin.
To powiedziawszy Antari złapała Shurę za rękę i pociągnęła go za sobą w kierunku strzelistej białej wieży.


Zilal :: 20.03.2007 :: 15:05 :: Komentuj (5)

Mimo wczesnej pory plac treningowy był całkiem ożywionym miejscem. Chłopcy i młodzi mężczyźni trenowali pod okiem twardych nauczycieli. W pobliżu gromadziły się kobiety o młodych twarzach w kolorowych sukniach. Od czasu do czasu spieszące gdzieś dziewczęta w bieli przystawały na chwilę. Kobieta z brązowym szalem o frędzlach tego samego koloru rozmawiała o czymś z Rahienem. Shura nie słyszał o czym rozmawiają. Stał za daleko. A poza tym powinien wybrać sobie miecz.
- Na kogo patrzysz, chłopcze? - zapytał jeden z trenerów. Był wysokim i barczystym mężczyzną, a jego twarz przecinała ukośna blizna. Ważył w rękach kolejny miecz. - Spróbuj ten.
Gold odebrał broń i podobnymi ruchami zważył żelastwo.
- Na tych dwoje. - wycelował w Rahiena i kobietę, którą spotkał tu jako pierwszą.
- Dlaczego akurat oni? - trener oglądał już inny miecz.
- Ona nie raczyła się przedstawić. To znaczy nie zapytałem ale...
Barczysty mężczyzna spojrzał na niego, jak na wariata i zaśmiał się donośnie.
- Chłopcze, czy ty się chowałeś na Ugorze? Przecież to Tar Valon! Aes Sedai nie zwykły się przedstawiać. Zwłaszcza tu. Kobiety takie jak ona, cieszą się tu wielkim szacunkiem. W końcu to ich główna siedziba.
- A ty co tu robisz? - saint zaczął wymachiwać orężem.
Trener zaśmiał się jeszcze raz, najwyraźniej zupełnie zaskoczony i rozbawiony pytaniem Shury.
- Szkolimy Strażników. Chłopcze, skąd ty się tu wziąłeś? Ta dzisiejsza młodzież za nic ma swoje korzenie i tradycje. - Pokręcił głową z dezaprobatą. - Och, Merenwen Sedai!
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko na widok zbliżającej się kobiety z brązowym szalem.
- Słyszałam twój śmiech. Czy ten młodzieniec odpowiada jakieś wyszukane dowcipy? - zapytała miłym głosem i wskazała na golda.
- Ależ skąd Aes Sedai. - trener uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Merenwen kiwnęła głową i złapała Shurę za rękę.
- Pozwól na słówko.
Odeszli kawałek.
- Cokolwiek się tu nie stanie nie wolno ci używać Jedynej Mocy. - jej głos stwardniał. - Jeśli zaczerpniesz choćby odrobinkę, wszyscy będą o tym wiedzieć. Wokół ciebie są osoby, które odczują to bez pomyłki. A ci, którzy nie posiadają takich umiejętności zobaczą to mimo wszystko. Są przedmioty, które reagują na Przenoszenie. A jeśli w pobliżu będzie Czerwona siostra, to nawet ja nie zdołam cię wybronić. Rozumiesz?
Capricorn pokiwał głową na tak. "Nie wolno mu używać cosmo? Bo co? Zginie? Ha! Kim ta kobieta myśli, że jest?" - pomyślał. Odetchnął, gdy kobieta puściła jego rękę i ruchem głowy wskazała mu trenera. Sama usunęła się z terenu ćwiczeń.
- Dziś on będzie z tobą ćwiczył, chłopcze. - barczysty trener wskazał kolesia z warkoczykami na głowie i wręczył goldowi odpowiedni miecz.
Rahien przeszedł w odpowiednie miejsce. Shura za nim. Gdy już oboje byłi gotowi Rahien obdarzył golda spojrzeniem, które zdawało się mówić: "Lepiej jej posłuchaj."
- Broń się. - wycedził przez zaciśnięte zęby.

Mu tuż po śniadaniu urwał się ze Świątyni. Mało obchodziło go, że miał za dziś zaplanowane treningi i furę różnych innych obowiązków. Nie pozwoli sobie na to, żeby za jego kadencji goldzi znikali ot tak.
- No jesteś w końcu. - Milo czekał na niego w umówionym miejscu. - Trzeba było sobie wynająć przewodnika. Chcesz po prostu wmieszać się w tłum?
- Taki był plan.
- Chyba z tym złotym pudłem nie bardzo ci się to uda. – Milo wyszczerzył zębiska w szyderczym uśmiechu.
Swoją zbroję zostawił w Świątyni. Aries kiwnął głową i pozbył się zbroi.
- Jest jeszcze coś. - mruknął skorupiak.
- Zabieram się z wami. - zza pleców Milo wychylił się Virgo.
- Shaka... Komu jeszcze się wygadałeś, Milo? - Mu nie był wcale zadowolony z takiego obrotu spraw.
- Daj spokój, Mu. Ja nalegałem. Ktoś w końcu musi potem zdać sprawozdanie Wielkiemu Mistrzowi, prawda?
Mu prychnął i poprosił Milo, żeby wskazał im drogę.

Shura już ledwo zipał. Na tych swoich treningach jeszcze się tak nie zmęczył, jak teraz. A ten cały Rahien nawet się nie spocił!
- Masz dość, rycerzyku? - zakpił.
Koziorożec zrobił groźną minę. Mógłby jeszcze z siebie coś wykrzesać, gdyby tylko tak nie piekły go cięcia na rękach i nogach.
- Chyba nie chcesz go zabić, Gaidinie? - odezwał się czyjś miły głos.
Gold obejrzał się i zobaczył niewysoką kobietę w szarej sukni z szalem o żółtych frędzlach na ramionach. Uśmiechała się jakoś tak przyjaźnie.
- Oczywiście, że nie, Desandre Sedai. - Rahien opuścił miecz.
- Jeśli chcesz, pomogę ci dojść do siebie. - uśmiechnęła się do Shury.

Merenwen Sedai obserwowała swojego strażnika i przybysza z pewnej odległości. Młodzian nie mógł wybrać sobie chyba gorszego momentu na pojawienie się. Ale może to i dobrze. Rahien z nim poćwiczy, w czasie gdy ona sama będzie musiała użerać się z uczennicą z Atha'an Miere.
- Merenwen Sedai! - czyjś głos wyrwał ją z zamyślenia. - Merenwen Sedai!
Wybrukowaną białymi kamykami ścieżką biegła młoda kobieta.
- Antari... - kiedy młodsza zatrzymała się tuż przed nią, Merenwen poprawiła jej na ramionach szal. - Jesteś teraz jedną z nas, nie możesz zachowywać się jak Nowicjuszka! - uśmiechnęła się.
- Przepraszam, ciężko się tak z dnia na dzień przestawić.
- Błękitne?
- Tak, z nimi czułam się najlepiej. Zasiadająca zgodziła się od razu.
- Doskonale.
Antari była jeszcze młoda. A jej twarz nie nabrała jeszcze charakterystycznego dla Aes Sedai braku oznak starzenia się. Szybko wyniesiono ją do godności Aes Sedai ze względu na ogromne zdolności w posługiwaniu się Duchem.
- Czyżbyś już przyszła szukać sobie strażnika?
- Ależ skąd, Merenwen Sedai! Który mógłby ze mną wytrzymać? - zaśmiała się.
Antari miała dość trudny charakter i nie raz musiała stawać przed Amyrlin. Merenwen była chyba jedyną Aes Sedai, której udawało się z nią dogadać.
- Prawdę mówiąc szukałam ciebie, Merenwen Sedai.
- Byłam zajęta.
- Nie wątpię. - Antari pokiwała głową ze zrozumieniem. - Słyszałam, że zostałaś wyznaczona do szkolenia kolejnej dzikuski Atha'an Miere.
Brązowa odpowiedziała jej skinieniem głowy. Tak właściwie, była zajęta czymś innym. Jedna z Żółtych krążyła po placu treningowym i właśnie zatrzymała się przy Koziorożcu. Widziała jak Rahien oddaje broń i zmierza w jej kierunku.
- Czy Amyrlin wyznaczyła ci już jakieś zadanie?
- Nie...
- Dobrze się składa. Chciałam cię o coś prosić.
Rahien był już na miejscu.
- Zajmij się nim... w moim imieniu. - wskazała Shurę rozmawiającego z Desandre.
Brązowa bez słowa więcej odeszła ze swoim Strażnikiem. Antari odetchnęła głęboko i z podniesioną głową ruszyła na plac wzbudzając wśród trenujących niezłą sensacje swoim głębokim dekoltem.

Mu, Milo i Shaka wylądowali na kupie nawozu.
- Do cholery jasnej! - warknął skorupiak, gdy zorientował się w swoim położeniu.
Rolnik pracujący w pobliżu zdębiał. Zastygł z grabiami w rękach. Gapił się na nich wybałuszonymi oczyma. Nagle ręce zaczęły mu się trząść, a oczy otworzyły się jeszcze szerzej. Upuścił grabie i cofnął się o kilka kroków. Podniósł drżącą rękę i wycelował wyprostowany palec w Virgo.
- Saa... Saa... Samael!
Wieśniak uciekł z krzykiem.



Aes Sedai - (sługa wszystkich): Władający Jedyną Mocą. Od Czasu Szaleństwa jedynymi pozostałymi przy życiu Aes Sedai są kobiety. Budzące powszechną nieufność, strach, a nawet nienawiść, są przez wielu ludzi obwiniane za Pęknięcie Świata, uważa się powszechnie, iż mieszają się do polityki poszczególnych państw. Jednocześnie niewielu władców obywa się bez rad Aes Sedai, nawet w tych krajach, w których istnienie takich koneksji musi być utrzymywane w tajemnicy. Niektórzy mówią (ale tylko wówczas, gdy nie ma w pobliżu żadnych Aes Sedai), że królowie i królowe są jedynie marionetkami, które służą kaprysom, nakazom i ukrytym celom Białej Wieży. Chociaż wielu władców na pewno spierałoby się z taką opinią, żaden prawdopodobnie nie poda w wątpliwość faktu, iż Przenoszące wtrącają się w wiele spraw, które z pozoru zupełnie ich nie dotyczą.

Podejrzliwość, którą często wzbudzają Aes Sedai, jest spowodowana faktem, iż naprawdę różnią się one od innych ludzi. Zmienia je przenoszenie Jedynej Mocy. Wiadomo, że takie kobiety zachowują wiecznie młode twarze. Aes Sedai, która ma dość lat, by być babką, może mieć zaledwie kilka siwych włosów i żadnych zmarszczek czy bruzd. W dodatku żyją znacznie dłużej niż przeciętni ludzie ponieważ przenoszenie Mocy wyraźnie spowalnia proces starzenia się.

Dziewczyna, u której zostanie odkryta umiejętność przenoszenia Mocy albo zdolność do nauki przenoszenia, trafia do Białej Wieży, by spędzić w niej kilka lat na starannym szkoleniu. Zaczynają jako Nowicjuszki. Muszą się uczyć i wykonywać prace domowe, które mają wzmocnić ich umysł i ciało oraz poznać postępowanie typowe dla Aes Sedai. Zazwyczaj pięć do dziesięciu lat trwa nauka Nowicjuszki, po czym zostaje ona Przyjętą. Podczas tego pierwszego okresu kandydatka musi przestrzegać bardzo surowych zasad i dyscypliny.W szystkie kobiety, które pragną zostać Przyjętymi, muszą przejść ostateczny sprawdzian przy wykorzystaniu ter'angreala znajdującego się wewnątrz sklepionej sali w skalnym podłożu poniżej Białej Wieży. Kandydatka na Przyjętą musi się rozebrać do naga i przejść przez trzy srebrne łuki tego ter'angreala, po czym odnaleźć drogę z powrotem. Nowicjuszki mają prawo dwukrotnie odmówić poddania się tej próbie, lecz przy trzeciej odmowie wejścia zostaje usunięta z Wieży i nigdy już nie zostanie Aes Sedai. Przenoszące mówią, że ten ter'angreal uosabia najgorsze lęki kandydatki. Pierwszy łuk symbolizuje przeszłość, drugi - teraźniejszość, trzeci - przyszłość. Niektóre kandydatki nigdy nie wychodzą. Po pomyślnym zakończeniu próby kandydatka awansuje na przyjętą i otrzymuje pierścień w kształcie Wielkiego Węża. Przyjęta musi go nosić przez cały czas na środkowym palcu prawej ręki. Prawdziwa Aes Sedai (następny etap po Przyjętej) może go zakładać na dowolny palec lub zdejmować, gdy wymagają tego okoliczności. Prostą białą suknię Nowicjuszki u Przyjętej zdobi jedynie siedem wąskich, barwnych pasków przy skraju i mankietach. Przyjęte są nieco mniej ograniczone przez zasady niż nowicjuszki, toteż wolno im spośród dostępnych wybrać dziedziny nauki, które będą zgłębiać. Mija zazwyczaj wiele lat, zanim Przyjęta zostanie wyniesiona do poziomu pełnej Aes Sedai. Aby otrzymać ten tytuł, musi ona zademonstrować zdolności przenoszenia Mocy i zachowywania ciszy w "warunkach ekstremalnych", jednak szczegóły sprawdzianu to ściśle strzeżony sekret. By zostać Aes Sedai, Przyjęta musi także złożyć Trzy Przysięgi przy użyciu Różdżki Przysiąg. Jako nowa Aes Sedai wybiera, do której z siedmiu Ajah pragnie się przyłączyć. Ma teraz prawo nosić ozdobiony trędzlami w kolorze jej Ajah szal. Aes Sedai uczą każdą kobietę, która przychodzi do Białej Wieży i potrafi przyswajać wiedzę.

Wiadomo, że podstawowym celem Czerwonych Ajah jest uchronienie świata przez wszystkimi mężczyznami, którzy potrafią dotknąć Prawdziwego Źródła. Polują one na mężczyzn z umiejętnością przenoszenia Mocy i zabierają ich do Wieży na poskromienie. Nie wiążą się ze Strażnikami, gdyż być może z powodu własnej działalności nie są w stanie obdarzyć mężczyzn zaufaniem i pracować z nimi. Czerwone Ajah to największa z grup Aes Sedai, a ich przywódczyni posiada sporą władzę. Błękitnymi Ajah również rządzi jedna, bardzo potężna Aes Sedai. Jest to chyba najbardziej wpływowa z grup Ajah, choć należy do mniejszych. Podstawowym celem Błękitnych jest obrona szlachetnych spraw (szlachetnych wedle standardów Aes Sedai) i dbałość o sprawiedliwość. Wykwalifikowane w manewrach politycznych Błękitne są też zdolnymi zarządczyniami. Członkinie Brązowych Ajah porzucają życie doczesne i poświęcają się poszukiwaniu wiedzy i jej zachowywaniu. W odróżnieniu do Błękitnych i Czerwonych, Brązowym przewodzi rada zarządzająca. Są one odpowiedzialne głównie za nabywanie i przechowywanie licznych książek i zwojów, dzięki którym biblioteka Wieży jest największą składnicą wiedzy na świecie. Właśnie Brązowe siostry odkryły szereg artefaktów i nowych Talentów. Zielone Ajah nazywane są też Bojowymi. Ich podstawowym celem jest trwanie w gotowości na Tarmon Gai'don, czyli: Ostatnią Bitwę z Czarnym. Zawzięcie walczą z Pomiotem Cienia, ale mają sporo zrozumienia dla mężczyzn, która to cecha jest niezwykle rzadka wśród innych Ajah. Zielone siostry nie ograniczają się do wiązania jednego Strażnika. Znano takie, które wiązały się z trzema lub więcej naraz. Chociaż inne Siostry czasem się z tego śmieją, decyzja ta ma poważne podstawy. Podczas Wojen z Trollokami dodatkowi Strażnicy Zielonych mocno się przyczynili do zwycięstwa w bitwie. Aes Sedai ze szczególnie silnym Talentem Uzdrawiania przyłączają się do Żółtych Ajah. Żółte siostry poświęcają się całkowicie Uzdrawianiu chorób i ran oraz odkrywaniu nowych lekarstw i metod przywracania zdrowia przy użyciu Jedynej Mocy, chociaż po prawdzie niewiele osób wierzy, iż mogą istnieć lepsze metody niż te znane od Pęknięcia.
Szare Ajah są mediatorkami, szukającymi harmonii i zgody. Wiele królestw korzysta z ich pomocy, gdy chce mieć gwarancję, że zawarte traktaty zostaną dotrzymane, mimo obawy, iż pewnymi punktami tych traktatów - skoro zostały przygotowane z pomocą Aes Sedai - może być bardziej zainteresowana Wieża niż układające się strony. Białe Ajah, w przeciwieństwie do wszystkich innych, unikają zarówno świata, jak i wiedzy o nim. Absorbują je pytania filozoficzne, a ich namiętnością jest poszukiwanie prawdy.

Strażnicy: Kiedy kobieta otrzymuje tytuł Aes Sedai, może związać Ze sobą Strażnika. Chociaż większość Ajah utrzymuje, iż jedna Aes Sedai może się wiązać tylko z jednym Strażnikiem naraz, nie istnieją takowe nakazy. Czerwone siostry nie wiążą zresztą żadnego Strażnika, Zielone natomiast przywiązują do siebie tylu, ilu chcą. Dokonana przy użyciu Jedynej Mocy więź trwale łączy Strażnika i Aes Sedai. W sensie etycznym Strażnik - zwany także Gaidinem, czyli Bratem Bitew - musi dobrowolnie przystać na więź, istniały wszakże przypadki, gdy dokonywano jej wbrew jego woli. Więź daje Strażnikowi dar szybkiego uzdrawiania, zdolność obchodzenia się bez jedzenia, wody czy odpoczynku przez długi czas oraz umiejętność wyczuwania z oddali skazy Czarnego. Strażnik potrafi również wyczuć pewne sprawy związane z jego Aes Sedai, łącznie z jej śmiercią. Dzięki więzi dana Przenosząca wie, czy jej Strażnik żyje, niezależnie od dzielącej ich odległości, chociaż Aes Sedai nie jest w stanie tego dystansu ustalić. Kiedy Strażnik umrze, przenosząca poprzez więź będzie znała moment i detale jego zgonu. Po śmierci Strażnika Aes Sedai często wiąże się z następnym, chociaż często dopiero wtedy, gdy się otrząśnie z emocjonalnego wstrząsu spowodowanego jego odejściem. Jeśli Aes Sedai zostanie zabita, jej Strażnik traci chęć do życia. Co gorsza, wydaje się wręcz szukać śmierci. Próby utrzymania tych Strażników przy życiu zwyk1e kończą się niepowodzeniem. Wiele osób nie będących Aes Sedai wierzy, iż niesamowite umiejętności bojowe Strażników są także produktem więzi, ponieważ mężczyźni ci należą do naj straszliwszych znanych wojowników. Przenoszące przeczą tym plotkom, podkreślając, że wybierają Strażników głównie ze względu na ich naturalny talent, który później w nich rozwijają dzięki surowemu szkoleniu na dziedzińcach do ćwiczeń. Strażnicy żyją, póki żyją ich Aes Sedai, zajmując specjalne kwatery w Białej Wieży. Lojalność Strażnika wobec jego Aes Sedai jest absolutna, a wszelkie nieporozumienia - jeśli do nich dochodzi - rozstrzygają między sobą. Istniały przypadki, że Aes Sedai poślubiały swych Gaidinów (przede wszystkim członkinie Zielonych Ajah), przeważnie jednak relacje Aes Sedai ze Strażnikami są "niewinne". Cnotliwość nie jest spowodowana jakimiś szczególnymi regułami czy tradycją, wynika raczej z pełnego rodzaju presji i wymagającego stylu życia przenoszących, życia, które uniemożliwia osobiste relacje poza układem "Aes Sedai i jej obrońca".

Koło Czasu - przewodnik po sadze Roberta Jordana




Poprzednie