Kategorie:

Full Moon Madness(76)
Zilal(13)


Info:

  1. data założenia "FMM": wrzesień 2004
  2. data założenia "Z": marzec 2007
  3. layout by: Rain
  4. obrazek: "D.N. Angel"
  5. nasz button:


Linki:

  1. Eternal
  2. Gazal
  3. Madzik
  4. Vedzia

  5. Silent Hope

  6. Ownlog

lyoko
Pharazon Alph



~ FULL MOON MADNESS ~

Skład:

    Abbys
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: mars
  3. płeć: M
  4. rasa: człowiek
  5. ranga: najemnik
  6. uzbrojenie:
    sztylet; krótki miecz z lekko zaokrąglonym ostrzem; claymore; mała tarcza; dmuchawka na zatrute strzałki
  7. umiejętności / zdolności magiczne: nie zweryfikowano
  8. opis:
    Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że to najzwyklejszy człowiek. Krótkie mahoniowe włosy nie sięgają ramion, a długa grzywka swobodnie opada na czoło. Nic nie umknie bystremu spojrzeniu głębokich, ciemno-niebieskich oczu. Z pozoru bardzo spokojny i opanowany, ale łatwo wpada w gniew. Przeważnie szybko potrafi nad nim zapanować. Doskonale wyszkolony we wszelakich technikach walki bronią białą. Osoby poszukujące u niego zdolności magicznych nie potrafiły przypisać ich do żadnej ze znanych dziedzin, Stwierdziły natomiast, iż posiada ogromny potencjał. Posiada ter'angreal w formie amuletu w kształcie kwiatu róży wykuty ze srebra. Ubrany raczej w szaty wierzchnie ciemnego koloru - długi płaszcz z kapturem i wysokie buty; pod nimi lekka skórzana zbroja.

    Artemis
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: wenus
  3. płeć: K
  4. rasa: pół-demon, pół-smok
  5. ranga: zaklinacz
  6. uzbrojenie: krótki łuk, mała tarcza
  7. umiejętności / zdolnośi magiczne: przywoływanie żywiołów
  8. opis:
    Jak większość zaklinaczy postać dość nietypowa. Ciemnie włosy opadą ciężko na czarną, lnianą suknię sęgającą do kolan. Postrzępiona, lekka grzywka opada na dwukolorowe oczy. Jedno intensywnie niebieskie - obserwujące bacznie każdy ruch otaczających wokół istot, drugie czarne, matowe, przypominające oko osoby o zaawansowanej depresji. W zależności od sytuacji rozsądna i skoncentrowana lub pogodna i roztrzepana i zdecydownaie lepiej mieć ją za przyjaciela, niż wroga...

    Clover
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: ziemia
  3. płeć: K
  4. rasa: człowiek
  5. ranga: wojownik
  6. uzbrojenie: miecz obosieczny; sztylet
  7. umiejętności / zdolności magiczne: uzdrawianie
  8. opis:
    Niezbyt wysoka, szczupłaa, wiecznie roześmiana dziewczyna o długich włosach ciemny blond i oczach nieokreślonego bliżej koloru. Nie lubi zajmowac się przeszłością, stąd też niewiele o niej wiadomo. W walce posługuje się długim mieczem z grawerowaną tajemniczymi runami klingą. Opanowała umiejętność ataku prawie do perfekcji, czego niestety nie można powiedzieć o obronie. Ze względu na tę słabość oraz dość wysoko rozwiniętą zdolność uzdrawiania jest niejako "oszczędzana" podczas walk, co jednak bardzo ją złości. Wieczna optymistka, jednocześnie bardzo wrażliwa.

    Zephira
  1. portret pamięciowy - dostępny
  2. planeta: merkury
  3. płeć: K
  4. rasa: półelf
  5. ranga: pogromczyni / łowca smoków
  6. uzbrojenie: sztylet; włócznia naquada
  7. umiejętności / zdolności magiczne:
    czytanie i posługiwanie się runami starożytnymi, magią ognia, posługiwanie się amuletami, obrona przed czarną magią, kamuflarz
  8. opis:
    Drobna, piwnooka elfka nie wyglądajaca na swój wiek (200 lat). Córka kobiety i elfa. Była oczerniana i wyszydzana przez całe swe dzieciństwo dopóki nie ruszyła w świat. Przez swoją kruchą budowę ciła musiała się nauczyć posługiwać jedynie niewielką iloscią broni białej udoskonaliła za to swoje zdolności magiczne. Ubranie ze skóry jasnego koloru ukryte jest pod czarnym, jedwabnym płaszczem. Na zgrabnych i długich nogach nosi wysokie skórzane buty do kolan. Poobwieszana jest różnego rodzaju magicznymi amuletami i branzoletami. Najważniejsze z nich było Oko Smoka, które nosiła na prawej ręce. Uroda i usposobienie stwarzają wrażenie bezbronnej kobiety, lecz gdy tylko jest potrzeba, Zephira przeobraża się w dzielną wojowniczkę, która dąży do celu po trupach.

Archiwum

2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty


Zilal :: 14.06.2008 :: 16:57 :: Komentuj (7)

Drzwi skrzypnęły. „Czy te cholerne drzwi zawsze muszą skrzypieć?” – Antari miała już dość wszystkiego. Od jakiegoś czasu, do pomieszczenia w którym się znajdowała przychodzili różni ludzie. Głównie mężczyźni. Wnosili i wynosili drewniane skrzynie, albo ich zawartość. Niestety nikt nawet nie zwrócił na nią uwagi. Nie ważne jak głośno krzyczała, czy wierzgała nogami. Nikt jej nie widział. Ale jakim cudem? Tym razem do magazynu wszedł ktoś inny – opalony młodzik i wysoki, blady gość o czarnych włosach. Antari nie miała zamiaru jeszcze się poddać i wrzasnęła najgłośniej jak mogła. A właściwie na tyle głośno, na ile było stać jej zmęczone gardło. Jeszcze kilka takich akcji i zupełnie przestanie mówić. Nic. Tamci dwaj nie zareagowali. Zaklęła podle po nieudanej próbie. Ale natychmiast coś przykuło jej uwagę. Ta czarnowłosa persona posłała w jej kierunku ukradkowe spojrzenie. A do tego zupełnie otwarcie uśmiechnął się! Więc jednak miała szansę żeby się stąd wyrwać. Młodzian z największą ostrożnością pakował świecące naczynia do jednej ze skrzyń. Antari mogłaby dać sobie palec obciąć za to, że już gdzieś widziała przedmioty wykonane z tego samego surowca. Kiedy chłopak skończył pakowanie, zabezpieczył wieko skrzyni. Na polecenie drugiego, otworzył inną i wyciągnął jej zawartość na drewniany wózek.
- Zabierz to do mojej kajuty, Resh. Zajmij się potem swoimi obowiązkami.
Brązowowłosy młodzieniec ukłonił się i wyszedł ciągnąc za sobą wózek. Zostawił uchylone drzwi, ale te i tak skrzypnęły.
- Hej ty! Nie wychodź! Nie mam ochoty dłużej tu wisieć. Wiem, że mnie widzisz i słyszysz. Natychmiast mnie uwolnij! Wiesz, kim ja jestem? Jestem Aes Sedai!
- Taa... – nieznajomy mruknął jakby w odpowiedzi.
Krążył przez dłuższą chwilę między skrzyniami. Przez szpary między deskami przyglądał się ich zawartości. Antari parsknęła ze złości. Niewiele obchodziło ją kontrolowanie swojego zachowania. I tak nikt jej nie widział. No, może poza tym ignorantem na dole. Przez chwilę po jej głowie szalały czarne myśli i skrzywiła się, jakby jedna z nich dobitnie powiedziała jej, że tamten jednak wcale jej nie widzi. Zaczęła się szamotać. Może to zwróci jakoś jego uwagę.
- To na nic. – usłyszała rozbawiony głos nieznajomego.
Nawet na nią nie spojrzał! Ale ona nadal nie przestawała próbować się oswobodzić. Będzie musiała zrobić to ręcznie, skoro nie może korzystać z Mocy... Jej ciało przeszył zimny dreszcz.
- To nic nie pomoże, Aes Sedai. – dwa ostatnie słowa wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie ważne jak długo będziesz się tak męczyła. To nic nie da. Tylko opadniesz z sił. Choć to akurat powinno być mi na rękę.
Zaśmiał się wrednie pod nosem.
- Czego ode mnie chcesz?
- Czegoś na pewno będę chciał... Na początek powiedz mi, co cię łączy z Vede din Cue.
Antari przestała się szamotać. Nie odpowiedziała. Bo niby co miała mu powiedzieć? Że przez chwilę miała ją pod swoją opieką? Że miała jej pokazać kilka sztuczek z użyciem Mocy? Na co taka wiedza temu człowiekowi?
- Nie powiesz? – zapytał.
Aes Sedai przybrała charakterystyczny kamienny wyraz twarzy.
- Chyba powinienem był cię uprzedzić, że nie jestem... zbyt cierpliwy. A ty znajdujesz się w niewesołej sytuacji. Jesteś intruzem na obcym terenie. A poza tym, jak się czujesz odcięta od Źródła?
Cholerny zarozumialec! Musiał jej o tym przypominać?! Na samą myśl o odcięciu od Źródła chciało jej się płakać. A teraz, gdy faktycznie była odcięta, boleśnie odczuwała jego brak. Wszystko stało się marnością. Nawet ona sama. Mimo tylu emocji, wyuczona kamienna twarz pozostała teraz taka sama.
- Pewnie zastanawiasz się, co też trzyma cię tam na górze, prawda? – stanął prawie pod nią. – Otóż jest to ta sama siła, za którą tak bardzo tęsknisz.
- Saidar? – zapytała z niedowierzaniem.
- Saidin
Nagle wszystko stało się dla niej jasne! Światłości, Saidin! Zakręciło jej się w głowie i zrobiło mdło. Jakim cudem, ktoś mógł potraktować ją Saidinem?! Przecież od tego się umiera! Skaza Czarnego na męskiej połówce mocy doprowadza do śmierci! Do szaleństwa w najlepszym wypadku! Antari omal nie przegapiła dźwięku pstryknięcia palcami. Nie zdążyłą się jednak zorientować w sytuacji, póki nie walnęła z impetem w podłogę. Ledwo co pomyślała o wstaniu na nogi, otoczył ją strumień Powietrza, który doprowadził ją do pionu. Oczywiście nie dotykała stopami podłogi. Gdyby tylko mogła się poruszyć strzepnęłaby z siebie Saidina jak kurz z ubrania! Gdyby tylko mogła... ale nie mogła. Dziękowała Światłości za to, że ten szaleniec nie postanowił jej znów umieścić pod sufitem! Nieznajomy przez chwilę wpatrywał się w nią zimnym wzrokiem.
- Wiem, że użyłaś Bramy. Zastanawia mnie jednak fakt, skąd wiedziałaś jak tu trafić?
Nie wiedziała. Nikt nie wiedział gdzie wyrzuci go nieutrzymana Brama. Takich rzeczy nie dało się przewidzieć. Równie dobrze obie mogły po prostu zginąć. Właśnie! Skąd on zna Vede din Cue? Może już ją złamał? I w tym momencie nieznajomy jakby usłyszał jej myśli. Otoczyła go świecąca poświata Saidina. Ręce Antari wykrzywiły się nienaturalnie. Tylko jęknęła z bólu. Strumień Powietrza zablokował jej usta. Przez jej głowę przemknęła tylko jedna myśl – Nie będzie łatwo.



Zilal :: 25.02.2008 :: 10:15 :: Komentuj (17)

Kiedy Vede siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę, mężczyzna za biurkiem wstał. Wszystkie naczynia były już gotowe. Wyglądały trochę jak srebro.
- Resh! – zawołał donośnym głosem. – Resh!
Din Cue podniosła wzrok i zdębiała. Po prostu nie spodziewała się, że zobaczy tak uroczą facjatę. Nie, to było złe określenie. Nie mogła powiedzieć, że mężczyźni Ludu Morza byli nieatrakcyjni. Wprost przeciwnie. Ale on? Na pierwszy rzut oka był przystojny, ale... W wyglądzie jego twarzy było coś niepokojącego. Coś, co sprawiało, że nagle w otoczeniu robiło się cholernie zimno. Vede zastanawiała jedna rzecz. Jakim cudem, przebywając na morzu, zachował jasną cerę? To wydało jej się bardzo dziwne. A jednak, nie odejmowało mu to tego dziwnego uroku. Jego ciemnie włosy swobodnie opadały na ramiona zlewając się z czarnym kaftanem. Niebieskie oczy z wyczekiwaniem wpatrywały się w drzwi. Te w końcu się otworzyły, a do środka wszedł młody przedstawiciel Atha’an Miere. Nowy obrzucił Vede zdegustowanym spojrzeniem brązowych oczu bystrze zerkających spod postrzępionej brązowej grzywki. Miała dziwne wrażenie, że już go gdzieś wcześniej widziała. Nowy lekko się ukłonił czarnowłosemu i zapytał o powód wezwania.
- Skończyłem. Chodźmy po następne.
Młodzian kiwnął głową w odpowiedzi.
- A ona nie ucieknie? – zapytał lekko wydymając wargi i od niechcenia wskazując na dziewczynę.
- Nie...
W głosie czarnowłosego pobrzmiewała nutka rozbawienia. A może to była ironia? Cokolwiek to było, wywołało uśmiech na twarzach obu nieznajomych. Wyszli bez słowa zostawiając otwarte drzwi.

Mu, Milo i Shaka wyruszyli skoro świt. Każdy dostał po tobołku wypchanym jedzeniem i bukłaku z wodą. Na razie nie wiedzieli, w którą stronę mają się udać w poszukiwaniach Shury. Przepytywanie wszystkich mieszkańców pobliskiej wioski nic nie dało. Nikt go nie widział. Nikt nic nie słyszał. Przez dłuższy czas szli w milczeniu. Oddalili się na taką odległość, by zapewnić sobie odrobinę prywatności. A może raczej chodziło tu o bezpieczeństwo mieszkańców, bo z tego, co zdążyli się już zorientować, podróżowanie przy użyciu cosmo wzbudziło by nie lada sensację. A tego raczej chcieli uniknąć. Choć z drugiej strony... Może w ten sposób Shura prędzej dowiedziałby się o ich obecności.
- No to do dzieła... – Milo przycisnął do siebie tobołek z jedzeniem.
Pozostali przytaknęli mu kiwnięciem głowy.
- Eee, Milo...? – Shaka szturchnął tamtego łokciem. – Czy mi się wydaje, że to jest to, co mi się wydaje, że jest?
- Taa... – skorupiak wzdrygnął się.
Z niewiadomych powodów nie mogli rozpalić swojego cosmo. Virgo jeszcze raz szturchnął Milo. Tym razem przy okazji wskazał na trzeciego. Mu wyglądał, jakby zobaczył coś strasznego. A przynajmniej tak to wyglądało. Choć nie było wiatru, włosy golda dziwnie falowały. Poza tym ani drgnął. Nie mrugał, choć oczy miał wybałuszone i wpatrzone nie wiadomo gdzie.
- Mu...
Shaka już wyciągał łapsko żeby szturchnąć Ariesa.
- Czekaj! – Milo powstrzymał go w ostatniej chwili. – A jeśli wpadł w jakiś trans?
- To co? Obudzi się, nie?
- A jak się nie obudzi i tak mu zostanie? Będziemy go takiego ciągnąć ze sobą po okolicy? Będzie toto nam odstraszać informatorów z takim wyglądem.
Virgo z kwaśną miną zerknął na mordkę Mu.
- No tak... To będziemy czekać, aż mu przejdzie?
Milo kiwnął na tak. Oznajmił przy okazji, że nie będzie tyle stał. Szkoda nóg. I gdy tylko goldzi posadzili swoje cztery litery na zielonej trawce, Mu ocknął się.
- Kto zarządził postój? – spiorunował ich wzrokiem.
Shaka wywrócił oczyma i ani myślał się podnieść. Milo wstał.
- Lepiej powiedz, co tam widziałeś. – zwrócił się do Ariesa.
- Shurę...

"Otwarte drzwi! Zostawili otwarte drzwi!" – na twarzy Din Cue pojawił się uśmiech. Chyba nie są aż tacy głupi, że tak po prostu pozwolą jej uciec? A może zrobili to celowo? Albo wiedzieli, że nie da się uciec? Tak czy siak, jeśli nadarzała się szansa ucieczki, trzeba z niej skorzystać. Vede ułożyła sobie w kilka sekund pewien plan. Wydostanie się stąd, odszuka Antari, wskoczą do szalupy i tyle je tu będą widzieli. Pokiwała głową do swoich myśli, ale zaraz przypomniało jej się, że jeśli rzeczywiście jest na "Płonących Skrzydłach" , to z "wyskoczeniem" mogą być problemy. Jedna z legend na temat tego okrętu mówiła, że ci, którzy próbowali uciec z pokładu spłonęli w ogniu otaczającym burty zanim nawet zdążyli wpaść do wody. Taki los jej się nie uśmiechał. Mimo to spróbowała coś zrobić z sytuacją, w której się znalazła. Wstała. Jeden krok i łup! Walnęła w jakąś niewidzialną barierę. Niewiele myśląc wymacała ją całą. Niewidzialna kopuła dookoła krzesła... Świetnie! Rzeczywiście nie miała perspektywy ucieczki.



Zilal :: 29.01.2008 :: 13:09 :: Komentuj (5)

Antari odzyskała świadomość. I od razu ogarnęło ją dziwne uczucie. Jakby świat w jej głowie wirował. Nie zdarzyło się to zresztą pierwszy raz, ale nie miała teraz ochoty przypominać sobie, jak to było, gdy na początku nauki przedawkowała ilość Mocy, którą mogła zaczerpnąć. Otworzyła oczy. Oświetlony mdłym światłem widok, najwyraźniej, ładowni jakiegoś statku bujającej się z prawa na lewo i z lewa na prawo, wcale nie sprawił, że poczuła się lepiej.
- Światłości... – mruknęła zastanawiając się dlaczego ona też się nie buja.
Chciała unieść rękę, by wyciągnąć ją przed siebie i rzucić na sprawę trochę światła. Nic z tego. Była do czegoś przywiązana. Co gorsza, nie czuła pod nogami podłogi. Nawet fikanie nie pomogło. Nie była w stanie dosięgnąć niczego. Bujające się światło zaczynało ją drażnić.
- Chyba zapomniałam kim jestem. – uśmiechnęła się pod nosem.
Skoncentrowała się, by zaczerpnąć Jedynej Mocy. Nic? Zmarszczyła brwi. Może niedostatecznie się skupiła? To na pewno przez to cholerne bujanie. Wzięła głęboki wdech i...
- Nie!
Nie! To nie mogło być prawdą! Ktoś odciął ją od Źródła!

Shura obudził się bardziej zmęczony niż przypuszczał. I do tego wydawało mu się, że zaraz zacznie trząść się z zimna. Zorientował się, że dziwnego zakręconego pierścienia już nie ma. Odetchnął. Przynajmniej to miał z głowy. Zostało jeszcze tylko to, o czym mówił ten... umarlak. Ale czy mógł wierzyć jego słowom? Chyba będzie musiał... Po prostu nie ma innego wyjścia. Pokręcił głową z niesmakiem na twarzy. Niby jak miał dojść do tego, o czym mówił tamten skostniały starzec? Nie miał żadnych wskazówek. Nic. Ba, tamten nawet słowem nie wspomniał o Kamieniu Portalu, czy jak tam go nazwała Merenwen. Właśnie! Jak tylko zje śniadanie, odszuka ją i zapyta o wszystko. Mimo to, nie spodziewał się, że wszystko wyjaśni się za jednym posiedzeniem.

Vede din Cue ocknęła się. Siedziała na dużym drewnianym krześle. Ciemne drewno ozdobiono rzeźbieniami w motywy roślinne. Oparcie i siedzenie obito krwistoczerwonym pluszem. Takie luksusowe siedzisko wydawało się niczym w porównaniu z tym, na co właśnie patrzyła. Blat biurka zapełniały różnego kalibru puchary i kielichy. A wszystkie były, można by rzec, nic nie warte. Zwykłe miedziaki wyklepane na wiejskim podwórku. Właśnie, już za chwilę będzie można używać terminu "były". Znaczna część naczyń zaczęła już prawie w całości zmieniać swoją strukturę.
- To cuendillar. – odezwał się mężczyzna siedzący po drugiej stronie biurka. - Atha'an Miere lubią takie świecidełka, prawda?
Vede nie odpowiedziała. Nie musiała. Nie widziała też jego twarzy. Zasłaniał ją jakiś... wazon. Ale po akcencie poznała, że nie należy do Ludzi Morza.
- Pewnie zastanawiasz się, gdzie jesteś. Wy, nazywacie ten statek...
Reczywiście! Nie zwróciła nawet uwagi na charakterystyczne bujanie. Najwyraźniej zbyt mało czasu spędziła na lądzie. Ucieszyła się na myśl, że znów jest na morzu.
- "Płonące Skrzydła". Niedorzeczna nazwa. – zaśmiał się.
Din Cue wytrzeszczyła oczy. Co? Przecież ten statek nie istnieje. To była tylko bajka, którą straszy się dzieci, prawda? A jeśli nie? Mina jej zrzedła. Spuściła wzrok i nagle poczuła wielką ochotę wtopienia się w to piękne krzesło.



Zilal :: 10.01.2008 :: 12:43 :: Komentuj (10)

Antari wyciągnęła młodą kobietę z Ludu Morza na obrzeża terenu Białej Wieży. Wcześniej zapowiedziała, że nauczy ją czegoś wyjątkowego. Czegoś, co obecnie rzadko która Siostra potrafi dokonać. Zdołała już wytłumaczyć nowej, jak to działa.
- Jesteś pewna, że mi się to do czegoś przyda? – zapytała Vede din Cue.
- Oczywiście!
Zatrzymały się. Ath'an Miere nie była wcale taka przekonana, czy "szybkie podróżowanie" do czegoś mogło jej się przydać przy dowodzeniu statkiem.
- Pamiętasz co ci mówiłam? – zapytała Antari stając zdecydowanie za blisko towarzyszki.
Tamta kiwnęła głową w odpowiedzi. Objęła Źródło w sposób, w jaki nauczyła się tego robić na statkach. Nieznacznie poruszając palcami uplotła srebrną wstęgę.
- Dobrze, a teraz dodaj trochę...
Vede poruszyła palcami.
- Ale nie tyle! – Antari wrzasnęła zapominając o byciu cicho.
Sama zaczerpnęła Mocy by wyrównać splot Bramy. Ale nie wiedziała, jak to może się skończyć. Nagle, prosta dotąd srebrna wstęga zaczęła się wyginać we wszystkie strony.
- Krew i krwawe popioły! – młoda Błękitna zaklęła. – Nie jest dobrze.
Vede din Cue była zupełnie zdezorientowana. Czuła przepływającą przez jej ciało Jedyną Moc, ale sploty nie układały się tak, jak powinny. Jak miała wszystko wyprostować? Zerknęła na młodą Aes Sedai. Antari wyszczerzyła zęby i wściekle przebierała palcami próbując naprawić splot. Skoro to Źródło było przyczyną tego wszystkiego, Vede postanowiła odciąć dopływ Mocy. Wypuściła Źródło i uśmiechając się spojrzała znów na Antari mając nadzieję, że to załagodzi jakoś sytuację. Ale jedynym co zdążyła zobaczyć była przerażona twarz tamtej. Nagle ogromna siła pociągnęła je w zerwany splot.

Shura szedł po lodowym moście. To, co usłyszał od zlodowaciałej persony nadal nie mieściło mu się w głowie. Kto w ogóle mógłby zrobić coś takiego żeby wrócić do domu? Na pewno nie on! Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby osadzić się gdzieś tu, ożenić się z ładną dziewczyną i żyć spokojnie. Ale przecież to nie było to, do czego został stworzony. Jest Złotym Rycerzem. Broni Ateny. Nie, nie ma mowy! Musi wrócić do siebie. Kiedy wyszedł z mgły Merenwen i jej strażnik rozmawiali o czymś po cichu. Ale przestali szeptać, gdy tylko go spostrzegli. "Więcej tajemnic... fajnie" – Shura prawie pożałował, że tego nie powiedział głośno. Wyciągnął przed siebie rękę. W dłoni nadal trzymał ten dziwny pierścień.
- Czy jak ci go oddam, to się obudzę? – zapytał kobietę.
- Obudzisz się tak, czy inaczej. Ale bezpieczniej będzie, jeśli nikt nie znajdzie tego rano przy tobie.
Wyciągnęła rękę po przedmiot, ale zatrzymała się tuż przed. Szybkim ruchem odwróciła głowę w lewo.
- Kłopoty? – zapytał Rahien.
Skinęła głową na tak. Porwała pierścień z dłoni Shury i wszyscy rozpłynęli się w powietrzu.

Merenwen i Rahien wybiegli na otwartą przestrzeń nadal pozostając w Świecie Snów. W Tel'aran'rhiod rzeczywistość była zawsze odrobinę... inna. Zatrzymali się przy niewielkim kraterze w ziemi. Nadal się jeszcze dymił.
- Co tu się stało?
- Nie wiem, Rahien. Pewnie któraś z Nowicjuszek albo Przyjętych przesadziła z ilością Mocy. – odpowiedziała Brązowa.
Podniosła kawałek materiału i otrzepała go z grudek ziemi. Syknęła przez zęby, gdy zorientowała się co to jest.



Full Moon Madness :: 05.01.2008 :: 12:55 :: Komentuj (5)

Abbys błądził przez jakiś czas po korytarzach, ale w końcu udało mu się dostać na dziedziniec. Naburmuszony młodzik zamiatający liście zaszczycił go tylko przelotnym spojrzeniem. On sam przez chwilę gapił się bezradnie na uliczki rozchodzące się w różne strony. W którą miał wejść, żeby dostać się... No właśnie, gdzie? Przede wszystkim musiał odzyskać swój ekwipunek i odzienie. Cóż, skoro był tu tylko ten młodzianin, to zapyta jego. Może on będzie wiedział... Jak pomyślał, tak zrobił. Ale daleko nie uszedł.
- Dokąd to?
Najemnik nie musiał się obracać, żeby wiedzieć, kto pytał. Nawet nie chciał się obracać! Nie odpowiedział. Nalavel podbiegł do niego. Szarpnął za rękę i odwrócił rdzawowłosego twarzą do siebie. Na twarzy namiestnika nadal była krew.
- Gdzie się wybierasz?
- Chcę dostać swoje ubranie i sprzęt. - oznajmnił w odpowiedzi uwalniając rękę.
Al'Hann zaśmiał się.
- Myślisz, że pozwolę ci odejść?
- Nie muszę mieć twojego pozwolenia. Jestem wolnym człowiekiem i sam o sobie decyduję. A zadecydowałem, że nie będę ci pomagał.
Nalavel obrzucił go spojrzeniem pełnym niedowierzania. On miał sam o sobie decydować? Widać biedaczek nie jest w pełni świadomy tego, że niedługo już go nie będzie, a jego miejsce zajmie ktoś bardziej znamienity.
- Nie bądź głupi, Dorianie. Każdy, kto tak powiedział, już nie żyje.
Tym razem zaśmiał się Abbys.
- Mylisz się. Zephira, Clover i Artemis są całe i zdrowe. - głos zadrżał mu przy ostatnim imieniu. Wiedział, że Art jest... tym, czym się stała. Chyba winił za to po części samego siebie. Ale jeśli bedzie potrafił, pomoże jej. Bo co innego miał zrobić? Pappenheimer okazał się bezużyteczny. A zemsta? Nalavel przyznał się do zabicia ich mistrza. Ale z jakiegoś powodu nie był w stanie zabić Al'Hanna. Nie wiedział dlaczego. Uśmiechnął się pod nosem. Nagle do głowy przyszła mu myśl. Pomysł na zemstę, której Nalavel nidgy by się nie spodziewał. Tak. Musi tylko wydostać się z Eenk. Sam ze swoim ekwipunkiem. Koniem też by nie pogardził. Mimo wszystko, malowała się tylko jedna przeszkoda. Jak przekonać Nalavela, żeby pozwolił mu odejść?


Sephariel był ostrożny. Zostawił swoją elfią armię w takiej odległości od Gildii, że starzy wyjadacze musieliby się nieźle napracować, żeby ich odszukać. Rozkazał im czekać w bezpiecznym miejscu. Oczywiście przybył do Gildii sam. Pokonując znajome korytarze zdał sobie sprawę, że nic się tu nie zmieniło. Mimo tej całej magicznej atmosfery, to miejsce nadal emanowało chłodem i surowością. Drzwi, które właśnie przekroczył skrzypiały przy otwieraniu i zamykaniu. Sephariel mimowolnie skrzywił się. Nienawidził skrzypiących drzwi. Czy przez tyle lat nikt nie był w stanie tego naprawić? Pokonał kilka stopni i sporo rzędów pustych ławek.
- Profesor Helliosus. - uwielbiał przekręcać w ten sposób imię swojego dawnego mistrza wydłużając wymowę głoski "l".
- Sephariel, chłopcze, może się trochę postarzałem, ale nadal pamiętam, że to ciebie należało nazywać piekielnikiem.
Mistrz Heliosus często był wyprowadzany z równowagi przez zachowanie młodego Sephariela. Stary mag pstryknął palcami. Zwój zrolował się i poszybował na swoje miejsce na półce pod sufitem. Mag wygładził długą rudą brodę przetykaną srebrnymi pasemkami i uważnie przyjrzał się swojemu gościowi.
- No cóż, widzę, że chyba trochę uspokoiłeś swój temperament.
Mag nie musiał wyjaśniać o co mu chodzi. Sephariel od razu połapał się, że chodzi o elficki medalion. Stary głupiec nadal miał dobre oczy i nos!
- Ja właśnie w tej sprawie... Jak może już wiecie, Vokial prowadzi dość dynamiczną ekspancję.
Chrząknięcie Heliosusa przerwało młodszemu.
- Słyszałem, że wraz z kuzynem z woli Vokiala zarządzacie Eenk.
- To prawda.
- Czy nie macie tam dosyć ludzi?
Sephariel prawie zazgrzytał zębami. Będzie musiał się jednak trochę wysilić.
- Mamy. Ale ja wycofałem się ze służby u Vokiala.
- Czyżby? - stary mag zmarszczył brwi, wydął usta i pogładził brodę.
- Tak. Mam nadzieję, że dostrzegasz dowód. - uniósł rękę na wysokość, na której znajdował się kradziony medalion.
- Nie sądzę, żeby coś, co należy do elfów nagle stało się kartą przetargową. I skąd u ciebie to nagłe nimi zainteresowanie?
- Ależ to proste, mistrzu. - ostatnie dodał po dłuższej przerwie. - Jak wiesz, Vokial traktuje magię i magów, jak zło konieczne. I, szczerze mówiąc, nie bardzo polega na tej mądrości. Obawiam się, że jeśli nadal będzie tak sukcesywnie zdobywał władzę nad kolejnymi rejonami, to kiedyś ewentualnie dotrze i tu. A jego niechęć do magii... No cóż, mam nadzieję, że rozumiesz, co chcę powiedzieć.
Stary mag Heliosus pokiwał głową. Choć bez większego przekonania. Ktoś taki jak Vokial nie był niepokonany. A już dla Gildii nie powinno stanowić to większego problemu. Mimo wszystko, słowa byłego ucznia zasiały ziarno niepokoju w jego myślach. Po dłuższej chwili zamyślenia w końcu podjął decyzję.
- Dobrze, chłopcze. - powiedział podchodząc do Sephariela. - Mamy tu kilka osób, które mogą okazać się pomocne.


Abbys



Full Moon Madness :: 12.10.2007 :: 22:08 :: Komentuj (7)

Oczy Nalavela otworzyły się szeroko w wyrazie zdziwienia. On sam pokręcił głową, jakby chciał zaprzeczyć temu co właśnie przeczytał.
- Więc to wszystko... To było na nic?
Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem podszedł do stołu. Z impetem rzucił księgą o blat. Zdawało się, że stary mebel jęknął.
- Nie! To wszystko na nic? Na nic!
Pięść Nalavela uderzyła w stronę, na której opisano zastosowanie artefaktu. Abbys właśnie podszedł do stołu i jeszcze raz zerknął na stare karty.
- Nie mogłeś wiedzieć, że pappenheimer i zwój służą do... nauki tańca. - zaśmiał się. - Vokial też tego nie wiedział. Zresztą, tak to jest z prastarymi skarbami.
- Masz rację... - Al'Hann oparł ręce na blacie i spuścił głowę. Ciemne włosy opadły na otwartą księgę. Zaśmiał się ponuro pod nosem. - Gdybym to wiedział wcześniej, nie brudziłbym sobie rąk krwią Ilijona, nie kazałbym Sepharielowi fałszować tych durnych listów. Ta cała Clover inaczej by śpiewała gdybym jej od razu powiedział, że jej rodzinka skończyła w lochach. Ten smoczy pomiot... I Ignis, cholerna elfia wiedźma. Mam nadzieję, że los jej odpłacił za to, co mi zrobiła! - wyszczerzył zęby. - Vokial każe mnie wypatroszyć za to, że mityczna elfia armia powstała. - zaśmiał się niewesoło.
Po chwili zorientował, że nie tylko on się śmieje. Wyprostował się i spojrzał na Doriana. On też się śmiał, ale nie był to rodzaj śmiechu, który Nalavel chciałby od niego usłyszeć. Nagle w pomieszczeniu zapanowała cisza. Po plecach Nalavela przebiegły dreszcze. Bardzo rzadko coś było w stanie go przestraszyć, ale w oczach Abbysa było tyle nienawiści. Namiestnik Eenk nawet nie zdążył się zorientować kiedy otrzymał cios na szczękę. Uderzenie było tak silne, że upadł na czworonożny blat, połamał go i w końcu wylądował na podłodze. Zanim zdążył się podnieść ręce Abbysa szarpnęły go. Ale po chwili znów leżał na deskach. Sam nie wiedział, czy bardziej boli go szczęka od ciosu, czy głowa od uderzenia w podłogę. To drugie trochę go zamroczyło. Poczuł ciężar na klatce piersiowej. Ktoś coś do niego krzyczał. Nie zrozumiał co. Coś przygniatało mu szyję jednocześnie zmuszając jego głowę do odchylenia. Coś natarczywie drażniło skórę na jego twarzy. Zaczynało mu już brakować powietrza. Próbował odciągnąć od szyi ten ciężar. Bez większego powodzenia. Słyszał ciężki oddech. Przez chwilę nawet myślał, że to jego własny. Ale ucisk ustał. W końcu odzyskał ostrość widzenia. To włosy Doriana tak go drażniły.
- Vokial... - wydyszał Abbys. - Vokial będzię mógł własnoręcznie zakopać twoje truchło, kiedy z tobą skończę. Klucz!
Al'Hann zaśmiał się. Przynajmniej tak mu się wydawało, bo biorąc pod uwagę chwilowy problem z oddychaniem i siedzącego na nim najemnika, z gardła Nalavela wydobyło się coś na kształt kaszlu. Nie miał zamiaru oddawać mu klucza, ale zwątpił po tym, jak po kolejnym błyskawicznym ciosie poczuł w ustach smak krwi. Abbys wyrwał klucz z ręki namiestnika, gdy ten wyciągnął go z kieszeni. Wstał i zostawił Nalavela tak, jak leżał. Podszedł do drzwi i szybko uporał się z zamkiem. Skrzypnięcie, kroki, trzaśnięcie, brzdęk i znów kroki... Nalavel w końcu odetchnął. Miał szczęście, że Dorian go tu nie zamknął. Miał szczęście, że go nie zabił. W końcu to on był odpowiedzialny za śmierć ich ukochanego mistrza, prawda? Tak. Ale to nic... Podniósł się na równe nogi bez większych problemów i ruszył za najemnikiem. Nie może mu pozwolić odejść. Nie w takim stanie. Nie teraz.


Zephira wraz z nową towarzyszką mknęły przed siebie. Ciała króla, które zostało porwane przez demony i tak nie odzyskają, więc postanowiły, że wrócą. Kobieta nie miała względnie z pozoru interesu by podążać za półelfką, ale stwierdziła, że i tak nie ma nic lepszego do roboty. Powody miała, głównym z nich była niechęć stania w miejscu. Na dodatek musiała zbadać tę energie, tą ciemną aurę, która rosła z każdym dniem. Na rzecz tego będzie musiała najprawdopodobniej odłożyć inne plany, ale przecież ma czas...


Młody mag obserwował je obie odkąd tylko się spotkały. Wybuch energii, który nastąpił dłuższy czas temu sprawił, że ta choleryczka musiała się ujawnić. Nie potrafił o niej myśleć inaczej mimo, że darzył ją szacunkiem. Z tego szeroko pojętego szacunku rozpoczęły się te poszukiwania. Tuż po odnalezieniu notatnika przodka. Wczytywał się w niego, zagłębiał w szczegóły. Nie rozumiał jednak w większości tego, co było nabazgrane w dalszych częściach, wiedział tylko, że stało się coś złego. Obserwował je w zwierciadle, w sumie to obserwował tylko ją. Dostrzegł ją za pierwszym razem tuż pod zamkiem swego pana. Potem znikała mu na chwilę, ale jej energia stała się wyraźniejsza. Mimo, że zmieniała wygląd był w stanie ją odnaleźć, przynajmniej teraz wiedział dlaczego udawało jej się kryć. Chociaż to nie wyjaśniało faktu, że przez jakiegoś trzydzieści lat była dla nich całkowicie niewidoczna. Chciał zrozumieć to, co się właściwie stało i doprowadzić do spełnienia planów antentata. Tak, jemu w końcu po tylu latach się uda, tylko potrzebuje się z nią skontaktować, ona na pewno pamięta, ona na pewno się zgodzi i wtedy on, Imandir zostanie... Jego rozmyślanie przerwało skrzypnięcie drzwi. Wykonał gest ręką, likwidując obraz na zwierciadle po czym spojrzał na młodą kobietę. Już miał na nią warknąć, że wchodzi bez pukania, ale przypomniał sobie, że ona obecnie służy na zamku. Wynaturzeniec jeden, którego prośby miał spełniać. Przyszła po raz pierwszy, więc nie mógł się wykręcić. Zrezygnowany w końcu otworzył usta:
- Czym mogę ci służyć, pani?
- Szukam imienia... - Rozejrzała się zaciekawiona po jego wieży.
- Dla dziecka? - Spojrzał na nią zdziwiony, czyżby przerwała mu z tak błahego powodu?
- Nie... Właściwie to ja nie wiem... Pójdę już, przepraszam. - Skłoniła się lekko i obróciła się w celu spełnienia swoich słów.
- Spytaj ksiąg, nie mnie. - Nie mógł zapytać czego chciała, jeśli przysłał ją sam Vokial, nie musiał wiedzieć o co chodziło. Wskazał jej ręką odpowiedni zbiór.
Obróciła się, zamrugała zdziwiona po czym bez słowa weszła między regały. Było w niej coś dziwnego, zaniepokojenie, lęk, strach, ale także jakby poczucie bezpieczeństwa. Mag potrząsnął głową, nie miał czasu badać zachowań wynaturzeńca. Malhea zbliżyła się do półek, pokryte były grubą warstwą kurzu. Zaczęła wodzić palcem po brzegach rękopisów, szukając właściwej litery. Każda i tak miała po kilkadziesiąt tomów, olbrzymi spis imion tych, którzy żyli na świecie i zostali wymienieni w jakimś zapisku. Każda biblioteka miała własny katalog, a jako, że ta w stolicy była największa, spis musiał być ogromny. Wyciągnęła rękę po odpowiedni tom i się zawahała. Przyszła tu z powodu przeczucia, nagle w jej głowie coś się pojawiło, a ona się temu tak po prostu poddaje, ale co ma do stracenia. Zabrała się w sobie, wyciągnęła księgę i wyszukała odpowiednią stronę. Był tylko krótki, przekreślony przypisek: "Etemeraldern, wyklęta, jak cała jej rasa. Jej śmierć nagła, jej imię wykreślone z kronik, mówiło się, że przynosiło śmierć." Tytułu gdzie to imię występowało nie dawał się odczytać. Odłożyła księgę na półkę po czym bez słowa wybiegła z wieży. Imandir się tylko obejrzał, zamknął drzwi i wrócił do obserwacji kobiet. Biegła na oślep, byle przed siebie, byle by jak najdalej. Nie przeraziły ją słowa, bo skądś wiedziała, że to nieprawda. Przeraziło ją to, że kobieta która chciała odnaleźć już nie żyła. Ale dlaczego w jej głowie pojawiło się imię kogoś sprzed niemalże tysiąca lat? Nie rozumiała już nic...


Demony złożyły ciało elfiego która na starym ołtarzu w lesie. Miały czekać na swojego mistrza, twórcę i jednocześnie jedynego człowieka, którego szanowały. To on zażądał od nich skradzenia ciała, powiedział, że powody poda później. Samowolnie wspominali o ożywieniu, nie wiedzieli co dokładnie planuje mistrz, ale jaki inny powód miałoby wykradanie zwłok? Chociaż było warto to powiedzieć dla samej miny półelfki. Nie musieli długo czekać, spomiędzy drzew wyłonił się cień znanej im postaci. Mężczyzna odrzucił kaptur do tyłu i spojrzał na nich bystrymi, brązowymi oczami. Przeniósł wzrok na ciało elfa i uśmiechnął się paskudnie. Od dłuższego czasu praktykował nekromancje, wreszcie będzie mógł jej użyć do swoich celów. Bo ćwiczenia na wieśniakach to nie to samo co mieszanie się do polityki wielkiej wagi. Według jego przeczucia Zephira powinna zawrócić, bo po co miałaby jechać teraz do Kiny. Nikt się nie dowie wtedy o śmierci króla, a po jego ożywieniu będzie mógł się podawać za żywego. "Dać istocie wolę, wymazać z jej pamięci fakt śmierci... A potem w odpowiednim momencie zacząć po cichu kierować jej poczynieniami." Powtarzał to ciągle w myślach odkąd tylko dostrzegł tę okazję. Zdobędzie wtedy upragniony artefakt, odzyska skarb rodziny. Nie zastawiał się, co będzie potem.

Abbys & Eternal





Poprzednie